sobota, 27 grudnia 2014

Koty vs. drzewko

Gdyby to ode mnie zależało, nie byłoby żadnej choinki. Ubiegły rok pokazał, że Fisiu jest dla świątecznych drzewek nieszkodliwy, ale od tego czasu dołączyła do nas Hesia, istotka zdecydowanie nieflegmatyczna.
Oczami wyobraźni widziałam niejedną katastrofę: Dzidzię siedzącą z dumną miną na czubku drzewka, zbite bombki, przegryzione kable, przewróconą choinkę...


Pierwsze spotkanie kociastych z iglakiem przebiegło spokojnie, dokładnie obwąchały drzewko, a potem straciły zainteresowanie. Felin jeszcze tylko skosztował wody ze stojaka i to by było na tyle.


Ozdoby też ich nie interesują, czasem któreś pacnie coś łapką albo zwali bombkę w trakcie biegania wokół choinki. Do tej pory nic się nie zbiło, najwyżej było turlane przez Hesię po podłodze.
Mam bardzo grzeczne kotuchy, może i zdarzy się im spróbować gałązki czy zaspokoić pragnienie w stojaku, ale to przecież drobnostka:).


Dla pewności nie zostają same z choinką, gdy wszyscy wychodzą, są zamykane w moim pokoju. Na szczęście przez większość czasu jestem w domu i mam na nie oko.


Wiem, na zdjęciach to Felaś wypadł na większego łobuza, ale to naprawdę kot-aniołek w porównaniu z Dzidziuchną :). Chociaż i ona w ostatnich dniach jakaś spokojniejsza się zrobiła (nie licząc nowego upodobania do pomiaukiwania w środku nocy).


Prezentów dla kotów nie było. Dla nich to żadna różnica, czy dostaną coś w grudniu czy w lutym. Spędzam z nimi dużo czasu, to o wiele ważniejsze od jakichś przysmaczków i innych pierdółek. Te wszystkie świąteczne prezenty darowywane zwierzakom służą głównie uradowaniu właściciela, czyli w tym wypadku mnie. Nie lubię świąt, to dla mnie najbardziej przygnębiający czas w ciągu roku. Wszystko, co świąteczne mnie drażni, więc nie miałam najmniejszej ochoty urządzania kociastym gwiazdkowych upominków. Wydatków na bestyje naprawdę nie brakuje, dałoby się na ten temat napisać oddzielnego posta. Nie będę się rzucać i na siłę kupować kotom nie wiadomo czego tylko dlatego, że święta. I tak szykują się większe zakupy, i to niejedne, ale wszystko w swoim czasie.


Postawiłam im pod choinką puszkę tuńczykowej Cosmy i spałaszowały ją sobie na wigilijne śniadanie. Wystarczy.


sobota, 13 grudnia 2014

Co ja bym zrobiła bez Felasia...

Przyznam szczerze, że nie za bardzo wiedziałam, o czym by tu dziś napisać. Zazwyczaj mam gotowy zarys już w połowie tygodnia, lecz tym razem wena mnie opuściła. Ale od czego ma się Fisia?
Felaś chyba za bardzo przywykł do miana stałego pacjenta - trzy miesiące bez weterynarza to według niego za długo, więc dziś urządziliśmy sobie małą wycieczkę...
Znowu te oczy. Nie podobały mi się, więc trzeba było się upewnić, czy zapalenie spojówek nie wróciło. Nie jest z nimi źle, ale dostaliśmy kropelki, szybko wrócą do normy.


Oczywiście nie miałam serca zostawiać Hesi samiuteńkiej w domu, więc wybrała się razem z nami. Najtrudniejszy moment - jak zagonić dwa koty do jednego transportera? Dzidziuchna sama weszła, ale Felin nie taki głupi... śmignął na szafę i za nic nie chciał zejść. Duży, ciężki i jeszcze się zapierał, ledwo go stamtąd ściągnęłam, prawie spadając z krzesła. Następnie znów uciekł, ale po krótkiej pogoni udało się go wreszcie upchnąć do kontenerka. Na miejscu dla odmiany nie chciał z niego wyjść, można sobie ustawiać transporter pionowo i potrząsać, ale Fiś i tak nie wypadnie :)


Kociaste były bardzo ciche i grzeczne, tylko trochę przyciężkie:) Zważyliśmy się i nie jestem zadowolona - ich idiotyczne głodówki zrobiły swoje, oboje schudli. Niewiele co prawda, bo po 50g, ale miałam nadzieję, że Heś wyrośnie na dużą koteczkę, a tymczasem zapowiada się na miniaturkę (na tę chwilę 2.95kg). Fisiu za to wprawia się w byciu coraz dłuższym i cieńszym (4.55kg).


Rzecz jasna nie obyło się bez obowiązkowego punktu programu, czyli przycinania pazurków. Męczymy się z tym w domu, ale różnie wychodzi, bo oboje walczą jak tygrysy, nie ma na nich sposobu. Do tego cążki mamy kiepskie, bardziej miażdżą niż tną i  ciężko je odpowiednio przyłożyć do pazurka (zwłaszcza moją lewą ręką). Drugie wcale nie tną, obcinaczki z Lidla to jeden wielki niewypał. Kusiło mnie nawet, żeby kupić trzecie, w Biedronce, pewnie takie samo byle co... Mam za dużo wydatków (dzisiejsza wizyta wyszła drożej niż się spodziewałam), ale prędzej czy później zaopatrzę się w pewne bardzo zachwalane cążki, w nich jedyna nadzieja.


To tyle na dziś. Zdjęcia lepszej jakości będą pewnie dopiero na wiosnę, kiedy oświetlenie się poprawi. Tu u nas całymi dniami ciemno, a do wczoraj było mnóstwo śniegu :)

sobota, 6 grudnia 2014

To już cztery miesiące, czyli co zmienił drugi kot w naszym życiu

Pojutrze miną cztery miesiące, od kiedy los postawił Hesię na mojej drodze. Z jednej strony to kawał czasu, z drugiej jedynie krótka chwila. Może jeszcze za wcześnie na podsumowania, ale w tym poście chciałam opisać, co zmieniło się z chwilą pojawienia się drugiego kota.


Jakie zmiany zaszły w kocim jedynaku?
  • Koniec z "agresją" - Fiś dość często miewał  skierowane w moją stronę "napady", prawdopodobnie spowodowane niedostateczną możliwością rozładowania energii. Za kociaka figlarnie zaczepiając, zapraszał do zabawy, później zaczepki przybrały na sile i nabrały jakiegoś nieprzyjemnego wydźwięku. Najczęściej wskakiwał mi na biurko i machając ogonem, mocno kąsał w ręce, wydając przy tym dziwne odgłosy. Bywało tak, że spokojnie usadawiał się obok mnie, zachęcona próbowałam go pogłaskać, a on wtedy momentalnie wpadał w szał. Inna sytuacja - czesanie i przycinanie pazurów. Kot zdenerwowany na sam widok sprzętu, po dwóch ruchach szczotki krzyczał i rzucał się z zębami. Odkładałam przedmiot i odchodziłam od Fisia, a on nadal atakował. To wszystko minęło jak ręką odjął po przybyciu koteczki. Od tej pory ani razu nie wskoczył na biurko w celu wgryzienia się w ręce, a przy zabiegach pielęgnacyjnych po prostu ode mnie ucieka i tylko ostrzegawczo machnie łapą czy kłapnie zębami, przewracając się na grzbiet.
  • Dużo rzadsze "darcie japy" - zachowanie, które zawsze mnie irytowało, ale było zrozumiałe. Felaś chodził po domu pomiaukując i co chwilę podchodził do pańci, patrzył jej w oczy i dalej miaukolił bardzo smutnym tonem. Domagał się uwagi, chociaż bawić się nie chciał, miziać też, a na jedzenie bez przerwy nie mogłam mu pozwolić. Nie wiadomo, jak go zadowolić w takiej sytuacji. Teraz już tak nie robi. Owszem, czasem on albo Hesia łażą miaucząc i wołając, ale jest to zupełnie co innego i nie na taką skalę.
  • Zwiększona aktywność - za dowód może świadczyć sam fakt, że Fisiu po przybyciu Hesi schudł przeszło 300g... obecnie wrócił do dawnej wagi, ale ma o wiele lepszą, bardziej umięśnioną sylwetkę. Kociaste świrują razem minimum dwa razy dziennie, a i Fiś czasami potrafi pobaraszkować solo.
  • Odkrycie nowych możliwości - za sprawą Hesi Fisiu przestał być kotem blatowo-podłogowym, skacze po meblach i uwielbia przesiadywać pod sufitem.
  • Większy spokój - wybiegany, pozbawiony nudy Felaś jest odprężony i odpoczywa, zamiast wymyślać, rozrabiać i marudzić. 
  • Fisiu zmienia się w bardzie dotykalskiego kota - może to tylko z powodu jego wieku, a może ogólne wyciszenie, które zawdzięczamy Hesi, też ma na to wpływ.                                              

Co zmieniło się w codziennym życiu?
  • Zmienił się wystrój mojego pokoju - incydenty z siusianiem na łóżko poskutkowały dostawieniem drugiej kuwety, która siłą rzeczy musiała wylądować pod biurkiem. Graty zalegające na meblach zostały uporządkowane (pod sufitem pojawił się transporter, który okazał się świetnym legowiskiem), kartony pochowane, bo Hesia wszystko gryzła. Z parapetów zniknęły wszyściutkie kwiaty, gdyż Dzidzia je dewastowała. Przybyło też dziur w tapecie, która nabrała obskurnego wyglądu...  kochana mała niszczycielka
  • Zdecydowałam się na przejście na prawdziwy BARF - i tak miałam to zrobić, ale świadomość, że mam kocię do odchowania, a syntetyczne suplementy są wybrakowane i kosztowne, znacznie przyspieszyła podjęcie decyzji. Niestety, dwa koty = dwa razy tyle mięsa do przygotowywania.
  • Więcej sprzątania w kuwecie - mam wrażenie, że kuweta zapełnia się bez końca :) A i żwirek szybciej schodzi i bardziej się wysypuje (Fiś to jednak nie najokropniej kopiący kot - Heś jest dużo bardziej zawziętą górniczką:)
  • Stała czujność - wiedziałam, czego się spodziewać po nieśmiałym Fisiu. Znałam jego możliwości i granice. Heś jest nieprzewidywalną wariatką i w obawie o bezpieczeństwo jej i wszystkiego wokół, trzeba zwracać uwagę na więcej szczegółów i utrzymywać idealny porządek, mała wszędzie wejdzie.
  • Jest ciekawiej - obserwowanie interakcji między dwoma kotami jest niezwykle interesujące, ich zachowania bawią i rozczulają. Wzrosła ilość futra do przytulania i podziwiania :)

Co się nie zmieniło?
  • Plan dnia - nadal trzeba karmić, sprzątać kuwetę i tak dalej, zmienił się tylko czas poświęcany na wszystkie obowiązki, ale jest to niemal nieodczuwalne i można się przyzwyczaić.
  • Wydatki - tak tak, wbrew pozorom wcale znacznie nie wzrosły. Zawsze wydawałam na Fisia zdecydowanie zbyt duże kwoty, dlatego obawiałam się, co będzie przy dwóch kotach. Jednak kiedy zaglądam do jeżącego włosy na głowie zeszyciku z zapisanymi wydatkami, to widzę tam mniej więcej takie same kwoty, tylko przeznaczane na inne potrzeby. Uczę się oszczędzać i kupować tylko to, co niezbędne.
  • Przestrzeń życiowa - padły sugestie, że w mieszkanku nikczemnych rozmiarów po przybyciu drugiego kota wszyscy odczują zmianę na gorsze, z kotami włącznie. Jest tak samo jak wcześniej, burasy nie zajmują zbyt wiele miejsca, nie zrobiło się nagle ciasno i tłoczno.
Dokocenie przebiegło bezproblemowo, a koty szybko nawiązały doskonałe relacje. Mieliśmy ogromne szczęście. Wcale nie musiało tak być, wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale chyba drugi kot był nam przeznaczony. Fisiu jest bardzo przywiązany do Hesi, dokocenie zdecydowanie nie unieszczęśliwiło jedynaka, wręcz przeciwnie. Jest wspaniale, taki układ mi pasuje. Dwa koty są lepsze niż jeden :)

sobota, 29 listopada 2014

Tym Fiśkom to się już całkiem w zadkach poprzewracało...

Spokojnie, nie będę znów narzekać. No, może trochę :)
Dlaczego im się poprzewracało? Nadal strajkują. Jednego dnia wszystko ładnie zjedzą, drugiego wchodzi im tylko śniadanie, trzeciego nie tkną prawie nic. A ja mam dość tej zabawy w namawianie koteczków do jedzenia i oddawania kolejnych porcji psu sąsiadki. Usiłuję znaleźć przyczynę takiej nagłej przemiany żarłoków w wybrednisie, ale bez rezultatów. Każda kolejna teoria zostaje obalona, nie będę się tu już nad tym rozwodzić. Cały czas utrzymujemy żelazną dietetyczną dyscyplinę, a porcje uległy redukcji, by mniej się marnowało. Może wystarczy przeczekać. Albo przejść z tym do porządku dziennego i jeśli nie chudną, to się nie przejmować. Tylko że Heś musi rosnąć...
Obecnie od trzech dni ładnie jedzą, oby tak zostało.
 

Królewny Hesi dziwnych pomysłów ciąg dalszy - nie ma to jak wejść na szafę, podważyć drzwi głową i wpakować się do środka. Trzymałam w niej wędki - już nie mogę, bo Dzidzia je sobie zabiera (ze względów bezpieczeństwa kociaste mają swobodny dostęp tylko do piłek i pluszaka, reszta zabawek jest pochowana).
Potem Dzidziuchna zaginęła. Zawsze przybiega na każde zawołanie, a tu nagle nic, nigdzie jej nie ma, przepadła. Zaczęłam się już denerwować, gdy mnie oświeciło. Oczywiście, że spała w szafie, teraz to jej ulubiona kryjówka.




Ciągle przytulającym się i pozwalającym na miętolenie kłębuszkiem to Fisiu raczej nigdy nie będzie, ale ostatnio jest lepiej. Wylewne powitania weszły nam już w nawyk, by rozmruczał się w ciągu dnia, często wystarczy posadzić go sobie na kolanach. Kładzie się blisko, "czyta" ze mną książki, podstawia bródkę do drapania, nie szczędzi baranków. Rzadziej przychodzi się przytulać nad ranem i pod wieczór (to czas na świrowanie z siostrzyczką), ale jest dużo bardziej dotykalski. Czasem woła nawet pańcię, że chce na rączki :)

Wyszedł grubo...? Mówiłam mu, żeby nie hodował futra, ale on wie lepiej:)


Hesia dużo mruczy, gdy jest zaspana i można ją wtedy miziać do woli. Przez większość czasu trzyma się jednak na dystans. Nie tracę nadziei, że wyrośnie z tego tak jak Felaś, ale jest między nimi pewna różnica - Fisiu mimo niechęci do dotyku dawał po sobie poznać przywiązanie, ona niekoniecznie. Staram się zyskać przychylność małej królewny, czas pokaże, jak się ułoży. Gdy piszę tego posta, Heś śpi tuż obok (a Fiś z drugiej strony), więc jest nieźle.


sobota, 22 listopada 2014

Gdy postanowisz mieć kota cz.7: pierwsze chwile z kotem

Każdy kot znosi zmianę otoczenia i właściciela inaczej. Jedne adaptują się od razu, inne potrzebują czasu, by się ze wszystkim oswoić.
Jak ułatwić kotu trudne pierwsze chwile w nowym miejscu, wśród obcych ludzi?

Izolacja
Na kilka pierwszych dni po przybyciu warto przydzielić zwierzakowi do przebywania jedno pomieszczenie. Dużo łatwiej będzie mu się oswoić z ograniczoną przestrzenią, dzięki temu nie zaszyje się też w żadnym niebezpiecznym kącie. Azyl powinien być wyposażony we wszystkie niezbędne przedmioty, przede wszystkim miski i kuwetę, ale nie zaszkodzi również drapak, jakaś bezpieczna zabawka czy legowisko. Kuweta powinna stać w oddaleniu od misek, ale tak, by kot nie miał problemy z jej znalezieniem. Inne zwierzęta i hałaśliwe małe dzieci nie powinny mieć wstępu do izolatki.

Nic na siłę 
Po przyniesieniu kota do domu dajmy mu spokój. Nie wyjmujmy na siłę z transportera, nie zmuszajmy do pieszczot ani nie bierzmy na ręce. Najlepiej postawić mu miseczkę z wodą i zostawić na jakiś czas samego, by mógł spokojnie zaznajomić się z otoczeniem.
Jeśli zwierzak chowa się za meblami i nie chce wyjść, nie próbujmy go wyciągać. Zostawmy mu tuż obok jedzenie i nie przeszkadzajmy, prędzej czy później sam wyjdzie. Interweniujmy tylko, jeśli taka sytuacja się przedłuża. W przypadku osobników mocno zestresowanych, można spróbować użyć kocich feromonów w postaci sprayu lub dyfuzora, mają one za zadanie wzmacniać poczucie bezpieczeństwa.

Karmienie
By zminimalizować kotu i tak już duży stres oraz nie męczyć jego żołądka, przez pierwsze dni dobrze jest mu podawać do jedzenia to samo, co jadł w poprzednim domu, a dopiero potem stopniować wprowadzać nowe pokarmy. W przypadku osobnika z ulicy lub wcześniej bardzo źle odżywianego, najlepiej na początku podać coś lekkostrawnego, np. mokrą karmę wysokiej jakości lub ugotowane udko z kurczaka (ze skórą, ale bez kości).
Być może  na początku kot będzie odmawiał przyjmowania płynów i pokarmów. Zachęcajmy go do tego, podając smakowicie pachnące kąski. Jeśli taki stan rzeczy się przedłuża, należy udać się z nowym pupilem do weterynarza. Koty nie mogą nic nie jeść dłużej niż dwie doby.

 
Sprawy kuwetowe
Pokażmy kotu, gdzie jest kuweta, powinien sam szybko zrozumieć, do czego służy. Wypełnijmy ją takim żwirkiem, jakiego używał poprzednio (kotu z ulicy można dosypać trochę ziemi do kwiatów, żeby szybciej skojarzył). Unikajmy szeleszczących żwirków silikonowych. Dla kociąt najbezpieczniejszy będzie żwirek drewniany - nie zaszkodzi im, jeśli go zjedzą.
Przez pierwsze dni zwierzak z powodu stresu może załatwiać się w różnych miejscach lub wcale nie załatwiać. W przypadku braku śladów siusiania przez więcej niż dwa dni należy skonsultować się z weterynarzem, gdyż taki stan utrzymując się dłużej, stanowi zagrożenie dla zdrowia.

Kontrola zdrowia
Kilka dni po przybyciu kota należy z nim pójść na kontrolę do weterynarza, zwłaszcza wtedy, gdy wiemy, że nie przebywał w odpowiednich warunkach. Odrobaczanie, pozbycie się pasożytów zewnętrznych, oględziny i ustalenie płci to wręcz obowiązkowa procedura. Być może żadne leczenie nie będzie potrzebne, ale nigdy nic nie wiadomo. Zaniedbany osobnik nie powinien opuszczać izolatki, póki nie upewnimy się, że nie roznosi pcheł.
Tak wyszło, że oba moje koty trafiły do weta na trzeci dzień po znalezieniu, a Fiś miał na sobie mnóstwo pasażerów na gapę.


Miłość przyjdzie z czasem
Nie zawsze kot od razu obdarza nas zaufaniem, a my rozpływamy się nad nim z zachwytu.
Bądźmy dla nowego pupila łagodni i wyrozumiali, nie wykonujmy gwałtownych ruchów, nie hałasujmy ani nie pochylajmy się nad nim, żeby się nie wystraszył. Warto łagodnie zachęcać do kontaktu, karmiąc z ręki i zapraszając do zabawy (niech pójdą w ruch sznureczki, wędki, piłeczki itp.). Poświęcajmy mu dużo czasu, ale nie narzucajmy się. Nie wszystkie koty to wylewne przytulaki, ale nawet te zdystansowane z pewnością to wszystko docenią, a my szybko się do nich przywiążemy.

Wszystkie zdjęcia z grafiki Google.

sobota, 15 listopada 2014

Strajk głodowy i zakupy

W minionym tygodniu bure urządziły sobie trzydniowy strajk głodowy. U Dzidźki to normalne (przy każdej nowej mieszance ma jakieś "ale"), ale żeby Felaś, kot z obsesją na punkcie jedzenia, nie dojadł śniadania? Doszło nawet do tego, że po całym dniu zostały dwie pełne miski, na które Fisiek nie zwracał uwagi. A ja akurat zwiększyłam im wyznaczone dzienne porcje, bo uznałam, że Heś za wolno przybiera na wadze, a Fisiek może sobie pozwolić na zwiększenie masy... niewdzięczne, zamiast wcinać ze smakiem, wolały marudzić.


Rosnąca kotka jedząca dwie łyżeczki mielonego mięsa dziennie i dość aktywny chuderlak zadowalający się 1/5 dawnej porcji... byłam zła i rozgoryczona, tyle czasu zajęło przygotowywanie mieszanki (mięso było świeże, więc nie w tym przyczyna), a one wolały chodzić głodne niż ją zjeść. Nawiedziła mnie nawet myśl o porzuceniu BARFa i wróceniu do puszek, które kociaste zawsze pożerają z zachwytem i proszą o więcej. Tyle, że mokre żarcie jest takie pyszne, bo zawiera polepszacze smaku i zapachu, a do tego wychodzi drożej i nie jest tak zdrowe i naturalne. Co z tego, że gotowce będą zjadane, skoro w ogólnym rozrachunku przyniosą nam więcej szkody niż pożytku.

Wstąpiłam z Fiśkami na wojenną ścieżkę. Kto pierwszy wymiękł?
Oczywiście, że one. Na szczęście za bardzo nie płakały z głodu i nie żebrały, co było dla mnie ułatwieniem. Przetrzymałam je, a co. Serwowałam im posiłki w dłuższych odstępach czasu, żeby zdążyły poczuć pustkę w brzuszkach. Czasem trochę skubnęły, czasem tylko zakopywały miski. Generalnie chodziły takie niedojedzone, ale nie całkiem wygłodzone. Oczywiście nie poszłam na żadne ustępstwa, pokarmy inne niż mieszanka nie wchodziły w grę. Podanie im czegoś w zamian byłoby poważnym błędem - nauczyłyby się, że zawsze dostaną to czego chcą, jeśli tylko pomarudzą.


Hesia otrzymała miskę Fiśka, bo ładniej z niej jadła niż z tej głębokiej. Zlizywała mielonkę z palca, a potem zachęcona podchodziła do miski. Zabawa wędką tuż przed posiłkiem nieco zaostrzała jej apetyt (po polowaniu jest jedzenie - naturalna kolej rzeczy dla drapieżnika), ale nadal mowa tu o dosłownie kilku łyżeczkach od herbaty na dzień, ilościach malusieńkich dla kociaka.

Fiśka zostawiłam w spokoju, bo on nie był tak zawzięty. Po pół dnia niejedzenia grzecznie zjadał jeden czy dwa małe posiłki.
Czwartego dnia wszystko zniknęło bez zostawiania i wybrzydzania.
Triumfowałam.
Ale od wczoraj Heś znowu nie dojada.
Ta mała daje mi niezłą szkołę życia z kotem.


Zmieniając temat, nakupiłam suplementów. Trochę przesadziłam z tymi drożdżami, ale przynajmniej nie będzie trzeba co chwilę zamawiać. W woreczku jest suszona krew wołowa, którą kupiłam od osoby prywatnej z barfnego forum. Poza tym widać tu jeszcze 0,5l tranu z dorsza (po otwarciu pójdzie poporcjowany do mrożenia) i mączkę ze skorupek jaj, która akurat szybko się zużywa. Podobno mój suplementowy sklep ma nadal działać, ale na razie są problemy z asortymentem i dostawami, więc wolałam zgromadzić to wszystko na zapas.


Przyszła do nas jeszcze jedna paczka. Niemała paczka, takiego kartonu to chyba jeszcze nie mieliśmy... Fisiek jest dość dużym kotem, tu na takiego nie wygląda.


Wewnątrz był wielki worek żwirku, starczy nam na 3 miesiące. Biedny pan kurier, musiał to tachać.:)


Do tego miska, oficjalnie miała być dla Hesi, ale starszy brat ma pierwszeństwo, więc dostała tę po Fiśku, a on ma nową. W praktyce michy mi się mylą, więc jedzą z nich na zmianę.


I ostatnia rzecz - kuweta.  W sklepie nie miała żadnych ocen ani opinii, opis nie zgadzał się ze zdjęciem, ale ją wzięłam. I nie żałuję, jest duża, głęboka, zagięty rant utrudnia wysypywanie żwirku (i tak kociaste wywalają go całe stosy) i dobrze się go zdejmuje/zakłada.


Wygląda na białą, ale jest kremowa (taka przybrudzona biel) w niebieskie kropeczki. Była nam potrzebna, do tej pory w moim pokoju stała nędzna płytka tacka. Mam sentyment do tej pseudokuwety, bo to pierwsza kuweta malutkiego Fisia, ale przez nią żwirek był wszędzie. Zakupione podkładki nie zdały egzaminu, poza tym zostały przez Fiśka rozszarpane na strzępy i już dawno ich nie mamy.

Tacka, stara i nowa kuweta:)
















sobota, 8 listopada 2014

Rozważania o dojrzewaniu

U kociastych wszystko w porządku. Spędzają czas na spaniu, gonitwach, przepychankach i wzajemnym myciu mięciutkiego futra. Marudzą przy jedzeniu, nawet Felaś, co mnie zadziwia. 


Wiele miejsc nadaje się do drzemki...


Felaś, to moje ciapowate niewiniątko, pokazał, że drzemią w nim jeszcze kocurze odruchy. Zaczął przystawiać się do Hesi... gwałty to jeszcze nie są (Fisiu - pedofil chyba nie do końca wie, co i po co robi, bo mu nie wychodzi), ale mało brakuje.



A tak poważnie, to cieszę się, że los oszczędził Hesi życia tam na zewnątrz. Ona ma dopiero pół roku, a zachowanie Fiśka wobec niej wskazuje, że już dojrzewa. Ta moja wesoła mała dziewczynka, kociak jeszcze, miałaby urodzić kocięta jakiegoś obcego obdartego kocura? Straszna wizja. Nie pojmuję, jak ludzie mogą tak beztrosko dopuszczać do rozmnażania swoich kotek, i to jeszcze tak młodziutkich. Dla mnie to wręcz okrutne, ona ciągle jest mała, rozwija się i myśli tylko o zabawie.


Ze mną Hesi nic nie grozi. Poza tym nieszczęsnym Fisiem oczywiście, ale on nieszkodliwy. Chociaż moja mama już z przerażeniem zapytała: "ale on jej nie zapłodni?" :) 

U wolnożyjących kotek sezon rozrodczy najczęściej trwa od stycznia do września, a kolejny rozpoczyna się wraz z wydłużającym się dniem. W przypadku kotek domowych nie obowiązują żadne reguły, ruja może pojawiać się w każdej chwili i z różną częstotliwością. Co do Hesi, sądzę, że rui nie dostanie wcześniej niż w styczniu. Co prawda jest domowa, ale nadal młoda, w jej otoczeniu nie ma żadnych płodnych kotów, a do tego przy okazji dni stają się teraz coraz krótsze. Jak będzie, zobaczymy.


Mogłabym tego wszystkiego uniknąć, kastrując Heś wcześniej, nawet teraz, ale nie spieszy mi się. Zaplanowałam zabieg na połowę lutego, wtedy mam ferie i podczas rekonwalescencji będę mogła stale czuwać nad Dzidziuchną. To nie kocur, który na drugi dzień jest jak nowy, w jej przypadku będę o wiele bardziej martwić się tym, czy rana dobrze się goi i nic się w środku nie rozrywa. Szczerze, to cholernie się boję, ale to nie ma znaczenia. Zdaje sobie sprawę z tego, że prędzej czy później musimy się z tym zmierzyć. Póki co, nie ma pośpiechu. Mam nadzieję, że nic nam nie przeszkodzi w wykonaniu zabiegu w tym terminie.
Jest jeszcze jeden, trochę głupi powód, dla którego się ociągam. Jestem ciekawa samej rui. To nic przyjemnego zarówno dla kotki, jak i jej właściciela, ale chciałabym tego doświadczyć. Znam cały proces w teorii i się go obawiam (Heś, ja, Fisiu, wszyscy zwariujemy), ale cóż poradzę na swoją ciekawość.

sobota, 1 listopada 2014

Otyłość wśród kotów - jak ją zwalczyć?

Z jakichś powodów doprowadziliśmy mruczka do nadwagi, a nawet otyłości. Nadmiarowe kilogramy mają bardzo niekorzystny wpływ na kocie zdrowie, wzrasta przez nie ryzyko wystąpienia cukrzycy, zwyrodnienia stawów, chorób serca i innych dolegliwości. Otyły zwierzak ma gorsze samopoczucie niż osobniki szczupłe. Czy wszystko stracone? Ależ nie! Kota zawsze można odchudzić, choć droga do osiągnięcia idealnej wagi nie będzie usłana różami.


Sposobów na walkę z kocią otyłością można znaleźć wiele. Najbardziej do mnie trafia odchudzanie za pomocą diety BARF, ale przedstawiam tu popierany przeze mnie sposób "karmowy", który jest osiągalny dla większości i niezbyt skomplikowany nawet dla kompletnego laika.

Na początek warto zapoznać się z poprzednim postem <klik!>, który zawiera podstawowe informacje m.in. o dawkowaniu karmy i węglowodanach w kociej diecie. Bez tej wiedzy nie ruszymy dalej.

Co jest przyczyną otyłości?
Przede wszystkim przekarmianie. Karmienie kota na każde jego zawołanie, notoryczne częstowanie go ludzkim jedzeniem i stały, niekontrolowany dostęp do suchej karmy robią swoje.
Nieodpowiednia karma. Im więcej węglowodanów w diecie, tym gorzej dla kociej sylwetki.
Sterylizacja? Nie! Bzdurą jest stwierdzenie, że wszystkie koty tyją po kastracji. Po zabiegu gospodarka hormonalna ulega zachwianiu, a zwierzę często zaczyna zużywać mniej energii. Apetyt się poprawia, metabolizm nieco zwalnia, ale nie oznacza to, że każdy kastrat musi być grubaskiem. Najgorsze są pierwsze miesiące po zabiegu - wtedy występuje najszybsze przybieranie na wadze. Jeśli nie opanujemy problemu na samym początku, potem będzie dużo trudniej.
Domowy tryb życia? Też nie. Koty niewychodzące mają mniej ruchu niż te, które zmagają się z wyzwaniami świata zewnętrznego, ale to też nie stanowi problemu. Ruch można zapewnić poprzez zabawę, ale nawet osobnik o niskiej aktywności zachowa zgrabną sylwetkę, jeśli będzie dostawał pokarm w odpowiedniej ilości, a kot wychodzący przytyje, jeśli będzie przekarmiany.
 

Od czego zacząć?
Najpierw trzeba wybrać karmę o możliwie jak najmniejszej ilości węglowodanów - z suchych najszybsze efekty będą na Power of Nature (rodzaje Meadowland Mix oraz Fee's Favourite) i Wildcat Etosha. Z mokrych dobre będą np. Granata Pet, Catz FineFood, Animonda Carny, Feringa. Nadających się karm jest więcej, jak chociażby suchy Purizon czy Orijen, zawierają one jednak większe ilości węglowodanów, co może utrudnić proces chudnięcia. Dlatego najlepiej ograniczyć suche kosztem mokrego,  dużo łatwiej znaleźć niskowęglowodanową puszkę niż suszki. Kot karmiony tylko mokrą karmą dobrej jakości ma o wiele większe szanse na schudnięcie, niż gdy w jego diecie dominuje karma sucha.

Kolejnym krokiem będzie dokładne zważenie kota i oszacowanie, ile powinien ważyć, by mieć ładną sylwetkę. Następnie wyznaczamy zmniejszone dawki pokarmu, uwzględniając wagę docelową zwierzaka. Np. sześciokilogramowemu kotu, który powinien ważyć 4kg, podajemy karmę w ilości jak dla kota o masie 3,5-3,8kg.

Tempo chudnięcia nie może być zbyt szybkie, bo gwałtowna utrata wagi stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia. Jeśli kotu ubywa tygodniowo więcej niż 1-2% aktualnej masy ciała, koniecznie trzeba zwiększyć ilość pokarmu. Jeśli waga stoi przez dłuższy czas, widocznie porcje są jeszcze za duże. Czasami brak efektów w odchudzaniu może być spowodowany problemami zdrowotnymi, dlatego w takim wypadku należy zrobić pupilowi komplet badań.

Kota warto ważyć raz w tygodniu (w tych samych warunkach) i skrupulatnie notować postępy.

Co dalej?
Zwiększyć ilość ruchu. Zachęcać do zabawy przeróżnymi przedmiotami, zakupić lub zrobić kulę smakulę i podawać w niej jeden suchy posiłek. Kot będzie musiał się napracować, by wydostać z niej jedzenie. Zamiast wsypać obiad do miski, rzucać chrupki po podłodze, by zwierzak za nimi pobiegał, albo chociaż pochodził.

Bardzo ważna jest silna wola karmiącego. Kot może płakać nad miską, żebrać i usilnie domagać się dokładki. Nie możemy mu ulegać, konsekwencja w działaniu to podstawa. Zrezygnujmy ze wszystkich przekąsek, trzymajmy się wyznaczonej dawki pokarmu, którą podzielmy na kilka małych porcji, by kot jadł często, ale w niewielkich ilościach. 1-2 razy w tygodniu zamiast jednego posiłku (najlepiej suchego, bo karmy mokre zawierają mniej cukrów) można podać kilka kawałków surowego mięsa. Wyrzeczenia prędzej czy później zaprocentują zdrową kocią figurą, a my zyskamy ogromną satysfakcję.


Powyższą teorię mogę podeprzeć przypadkiem kotki Soni, która dzięki takiej diecie w pół roku z 5,5kg zeszła do 4,9kg i nadal chudnie. Sonię i jej drogę do zdrowego odżywiania i pięknej sylwetki możemy poznać na blogu Zuzi, która zawzięcie walczy z nadwagą swojej koteczki <klik!>. Przykład godny naśladowania, mało kto ma tyle wytrwałości i silnej woli.
Sonia utyła do wagi 5,2kg przez typowy błąd żywieniowy - karmę marnej jakości podawaną w dużych ilościach. Następnie przeszła na bezzbożówki, Orijen i Applaws z dodatkiem mokrej Animondy, jednak podawane porcje nadal były zbyt obszerne i kotka przytyła kolejne 300g. Oszacowałyśmy wagę należną Soni na 4kg (co do czego nadal są wątpliwości), sucha została zmieniona na PoN, a dawki uległy mocnej redukcji. Kotka jest sterylizowana, wychodząca i polująca, nadal długa droga przed nią, ale postępy są już znaczące i zauważalne.

Zdjęcia z grafiki Google.

sobota, 25 października 2014

Kochane sierściuchy

Post jest długi, a jednocześnie niezbyt porywający. Proszę o wybaczenie, mam jakiś kryzys twórczy, nawet tytułu nie udało się wymyślić. Zrobiłam Fiśkom małą sesję na drapaku. Fotograf ze mnie nędzny, ale moim zdaniem koty ładnie wyszły i postanowiłam je pokazać.


Poniższe zdjęcie doskonale oddaje stosunek kociastych do fotografowania. Hesia to urodzona kotomodelka. Fisiek na sam widok aparatu robi wszystko, by być w jak najmniej fotogenicznej pozycji lub po prostu ucieka (chyba ma to po mnie). Ileż się muszę za nim nalatać, by wyszło choć jedno przyzwoite ujęcie...

Tym razem jednak raczył współpracować. Wepchanie się Hesi na półeczkę spowodowało u Felina ogromnego focha, ale udało mi się go jakoś przebłagać suchą karmą.



Temperament Hesi trochę mnie przerasta. Jak na kociaka przystało, jest radosna i ciekawska, a energia ją wręcz rozpiera. Obserwowanie takiego beztroskiego szkraba jest wspaniałe, ale nie należę do osób cierpliwych i wybryki Dzidziuszki co dzień doprowadzają mnie do szału, psują humor, powodują nagromadzenie negatywnych emocji, a nawet płacz. Na Fisia też ciągle narzekałam, ale on jednak nie przynosił z sobą tak rozległych zniszczeń. I nie narażał się na niebezpieczeństwo.


Dzidziuch wszystko gryzie, wyciąga rzeczy z półek (o których istnieniu Fiś nie ma pojęcia), robi dziury w ścianach, odrywa kawały tapety. Niczego się nie boi, niczym nie przejmuje i ma sto dziwnych pomysłów na minutę. Tylko chodzę i sprawdzam, czy znowu czegoś nie nabroiła. Co z tego, że ma dwie kuwety, skoro łóżko jest bliżej. Znowu próbowała nasikać na kołdrę, ale tym razem udało się w porę zainterweniować. Jest bardzo absorbująca i męcząca, a jeszcze dużo czasu minie, nim dorośnie i spoważnieje. Dlatego nie przepadam za kociętami.


Wczoraj pod moją nieobecność prawie wpadła za meble. Wzdłuż wąskiej szczeliny biegnie rura i miejsca jest naprawdę niewiele, a ona jakoś się tam wcisnęła (pewnie chodziła po tej rurze, to bardzo w jej stylu). Podobno było widać tylko nogę, cała reszta kota zniknęła za meblami i skrobała w ścianę, usiłując się wydostać. Mama miała już lecieć jej na pomoc, ale Heś uwolniła się o własnych siłach. Nie chcę wiedzieć, co by się stało, gdyby spadła na głowę w ten ciasny kąt. Dobrze, że nie było mnie przy całym zdarzeniu, bo moje nerwy by tego nie wytrzymały. Teraz będę się bała zostawić ją samą, a nie ma jak zabezpieczyć tej szczeliny. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy.


Kontrast z Hesią spowodował, że wszystkie zalety Felina uwidoczniły się i jeszcze mocniej do mnie dotarły. Ten kot z dnia na dzień coraz bardziej mnie zachwyca. Stał się flegmatyczny i niesamowicie rozczulający. Jest taki przewidywalny, oddany, wylewny na tyle, na ile potrafi.


Jego lęki wróciły, co mnie zasmuca. Przez jakiś czas było dobrze, a teraz znowu wytrąca go z równowagi nawet ciche skrzypnięcie krzesła. Jeden nagły ruch czy dźwięk, a Felaś już kuli się przy podłodze albo biegnie zjeżony na drugi koniec domu. Podrywa się na byle szelest, nie może spokojnie zjeść, pobawić się ani zasnąć mocnym snem w ciągu dnia. Stała czujność.


Fiś jest bardzo niepewny i wrażliwy, żyje w swoim świecie. To go odróżnia od Hesi, tej pewnej siebie, nieustraszonej istotki o stabilnej psychice.



Felin dwa razy drapnął drapak. Byłam w szoku, bo przecież Fiś nie uznaje go za rzecz godną uwagi. Łącznie podrapał go cztery razy, a stoi u nas od marca. Drapak czekał na Hesię, która rozprawia się z nim kilkanaście razy dziennie.


A ja mam problem, bo zamykają sklep z suplementami do BARFa i trzeba będzie się nieźle nagimnastykować, by dostać wszystko, co potrzebne. Jakby bez tego mało było roboty z przygotowywaniem mieszanek...