piątek, 31 stycznia 2014

Z podwórka na salony, czyli jak zmieniło się moje postrzeganie kotów

W mojej rodzinie bardzo długo panowało przekonanie, że miejsce psa i kota jest na podwórku, a gryzonie są głupie i obrzydliwe. Nie miałam żadnej styczności ze zwierzętami, nie licząc pewnego nieżyjącego już psa. Całe dzieciństwo spędziłam tęskniąc za jakimkolwiek własnym zwierzakiem. W desperacji niańczyłam biedronki i ślimaki…
A potem pojawił się Kluch, kociak ze wsi. Urodził się jako zdziczały wiejski kot i takim pozostał. Mieszkał w zimnej piwnicy, przychodził tylko na jedzenie i zaraz znikał załatwiać swoje własne kocie sprawy (wszak był niekastrowany). Nie powinno być między nami więzi, a jednak to on sprawił, że pokochałam koty. Był marną imitacją upragnionego zwierzaka, ale innego nie było, więc go uwielbiałam. Podziwiałam go na odległość, był taki dumny i niezależny.


I chory. Trafił do nas już zaniedbany, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Nasza wiedza z zakresu kociego zdrowia była zerowa, więc dwa lata (!) chodził ze świerzbem. A potem jego uszy zamieniły się w krwawą miazgę, a prawą łapę wygryzł sobie do gołego mięsa. Jak on musiał cierpieć! I co zrobiliśmy? Ano długo nic. Jak to-to zanieść do lekarza, jak to takie dzikie? Szkoda go, ale nic nie poradzimy, może się wyliże. Zresztą to nie nasz kot, on tu tylko jeść dostaje… Znacie to? No właśnie. Klucha był trudny w obsłudze, złapanie go i przetransportowanie wymagało wysiłku kilku osób, pomysłowości i grubych rękawic. To stanowiło główny problem w niechęci rodziców do działania, a dziecku uniemożliwiało próby pomocy na własną rękę. Zresztą i tak byłam zbyt lękliwa, by udać się samotnie do lecznicy po cokolwiek. Miałam zaledwie dwanaście lat, ale nie mogłam tego tak zostawić i w końcu udało mi się wyprosić rodziców, kot wylądował u weta. Przeszło mu po kilku zastrzykach, a musiał się męczyć tygodniami, w tej chwili jest to dla mnie niewyobrażalne, wtedy po prostu tak było.
Oczywiście na tym się nie skończyło, po pewnym czasie zwróciłam uwagę na to, że jest jakiś "dziwny". Nastroszona rzadka sierść, trzecia powieka wysunięta do połowy oka, coś białego wyłażącego z odbytu (wychodziło mu całe życie, wszędzie to zostawiał, człony tasiemca).  Ubłagałam o weterynarza, diagnoza – silne zarobaczenie. Prawdopodobnie tak silne, że długo by nie pociągnął. Został odrobaczony, ale przez całe swoje życie był odrobaczany może ze trzy razy. I oczywiście nie został na nic zaszczepiony, aż dziwne, że nie zachorował na żadną z zakaźnych chorób.


Potem stracił wzrok w jednym oku. Męczył się przez trzy miesiące, najpierw tylko łzawiło (wystarczyłyby głupie krople za kilka złotych i przeszłoby po kilku dniach), więc nie było problemu, "pewnie samo przejdzie". Nie przeszło, oko napuchło i ropiało, wyglądało okropnie. Wcześniej nikt nie miał motywacji do działania, ale teraz już tak, bo nie dało się na to patrzeć. Po kroplach obrzydlistwo zniknęło w ciągu kilku dni, ale stan zapalny był zaawansowany,  owrzodzenie rogówki pozostawiło trwałe zmiany. Zwierzak musiał bardzo cierpieć, bo głupim ludziom nie chciało się mu pomóc.
Kiedy dokładnie rok temu zaczął kaszleć, rzęzić i chować się po kątach, to już szybko wylądował gdzie trzeba. Czegoś się nauczyliśmy. Byłam coraz bardziej świadoma i zastanawiałam się nad zorganizowaniem kastracji. Jednak Kluch pierwszego marca jak co dzień wyruszył na przechadzkę i już nigdy nie wrócił. Tego dnia mieliśmy się wybrać na odrobaczanie i zacząć nowe, odpowiedzialne życie, z lepszą karmą, lepszą opieką, większą świadomością... miał sześć lat. Przepraszam, Kluseczko, nie zasłużyłeś na taki żywot. Pewnie gdybyś został tam, gdzie się urodziłeś, nie miałbyś nawet tego, ale jednak mogło być lepiej.

20.02.13r.
Pół roku późnej trafił do mnie Felin, wnuk Kluska, uroczy i upierdliwy buras z niezidentyfikowanymi zdrowotnymi problemami. Moje rozpieszczone oczko w głowie. Życie odmieniło się nie do poznania. Jest lepiej,  dużo lepiej, wszystko nabrało innych barw. Dom bez kota to tylko mieszkanie. Jestem mniej rozchwiana emocjonalnie i inaczej patrzę na wiele spraw, szczególnie tych związanych z kotami.  Stałam się bardziej świadoma, odpowiedzialna i wrażliwsza na cierpienia naszych czworonożnych przyjaciół.

Przez tyle lat nie wiedzieliśmy, co tracimy. Zwierzę ma być na podwórku, bo śmierdzi, brudzi i gubi sierść? Teraz wydaje mi się to śmieszne. Mały śpi gdzie chce, chodzi po wszystkich meblach, jest czyściutki i pachnący, wszyscy go kochają i rozpieszczają.

Typowa pierwsza notka

Przedstawiam Wam blog o kotach. Ostatnio takiego bloga pisałam jakieś pięć lat temu i z perspektywy czasu wydaje mi się on porażką. Jednak znowu wracam do tematu, tym razem z innym kotem u boku i lepszą motywacją.
Nie chcę tu mazać typowego pamiętnika, ale poradnika tym bardziej, bo i tak nic odkrywczego nie wniosę. W takim razie co tu będzie? Pojęcia nie mam, pewnie nieudolne skrzyżowanie jednego z drugim. Wkrótce się okaże.