poniedziałek, 24 lutego 2014

To, co tygryski lubią najbardziej, czyli paczka z Zooplusa

Nareszcie się doczekałam! Tak, jak się tego spodziewałam, dziś dotarła przesyłka.
Gdy wróciłam ze szkoły, już na mnie czekała, ale nie samotnie:


Zabraliśmy się więc z Felasiem za odpakowywanie. Co było w środku?
 
Feline Porta 21, kolejne suche żarełko do spróbowania. Fiś był nim tak zainteresowany, że aż przegryzł opakowanie.

  

Łopatka do żwirku, wzięta dlatego, że mam już dość tej starej. Kupując łopatkę z marketu za 2,50zł cieszyłam się, że znalazłam ją w tak niskiej cenie i uważałam, że wszystkie są takie same, więc bez sensu jest przepłacać. O, naiwności nowicjusza!  Poprzednia łopatka okradła mnie z całych kilogramów żwirku przez to, że ma kratkę gęściutką jak sitko. Nie dało się nią przesiewać i mnóstwo dobrego żwirku lądowało w śmieciach. Szkoda, że zorientowałam się tak późno i zdobyłam tę oto szufelkę dopiero teraz (cały dobry żwirek wypada przez otwory, nic się nie marnuje): 



CBE+, ośmiokilogramowy zapas ponaddwumiesięczny. Przyjechał w samą porę, bo bentonitu zostało już maleńko, kociak nie miał w czym kopać.


Granata Pet, cała zwilgotniała, nawet widać tę wodę O.o


No i to, na co czekał Fisiek, czyli grzechocząca różowa zabawka na wędce. Dzięki niej po ponad dwóch tygodniach znów ujrzałam mojego dawnego Felasia, furiata robiącego salta i galopującego ze śmiesznie wygiętym ogonem.


Patyk długości linijki mogliby sobie podarować. Machać takim czymś? Śmieszne. Natychmiast zabrałam się za przerabianie:

 
A na koniec...domek dla kota dostaliśmy gratis:



Kociarze cieszą się z kocich zakupów bardziej niż kociaste? Chyba nie w tym przypadku ^^
 Wam też koty towarzyszą przy takich okazjach i próbują pomagać w odpakowywaniu?

sobota, 22 lutego 2014

Naturalna dieta dla drapieżnika

BARF (Biologically Appropriate Raw Food) - biologicznie odpowiednie surowe pożywienie. Polega na podawaniu kotom tego, do czego zostały przystosowane przez naturę, czyli nieprzetworzonych produktów pochodzenia zwierzęcego (mięso, jajka, kości, podroby, ryby) z odpowiednimi dodatkami. Każda gotowa karma, nawet ta najwyższej jakości, ma wady (np. w wielu karmach jest stanowczo za dużo fosforu - jego nadmiar obciąża nerki), a odpowiednio przygotowany barfowy posiłek zawiera wszystko w niemal idealnych proporcjach.

Kilka zalet diety BARF:
- poprawa stanu skóry i sierści
- ustępowanie alergii pokarmowych, stanów zapalnych
- mniejsze problemy z kamieniem nazębnym, świeższy oddech
- wspomaganie leczenia chorób przewlekłych
- zwiększona odporność organizmu, a więc zapobieganie wielu chorobom
- odchody zwarte, bez zapachu, pojawiające się co kilka dni
- szczupła, umięśniona sylwetka
- zwierzak ma więcej energii

Oczywiście to nie czary i nie dieta cud, na każdy organizm działa inaczej, ale jest pewne, że ma korzystny wpływ na zdrowie zwierzęcia. BARF istnieje również w wersjach dla psów i fretek. Różnią się one od siebie, tak jak i różnią się między sobą te gatunki zwierząt, mając odmienne potrzeby żywieniowe.

BARF to nie jest tylko podawanie kotu surowego mięsa. W naturze kot zjada swoje ofiary w całości, z kośćmi i wnętrznościami. BARF polega na jak najbliższym odwzorowaniu w posiłkach składu myszy, odpowiednim zbilansowaniu ilości białka, tłuszczu i innych składników odżywczych. Czysty mięsień nie zawiera wszystkich niezbędnych kotu składników w odpowiednich proporcjach i podawanie go w dużych ilościach przez dłuższy czas bardziej zaszkodzi niż pomoże. Dlatego do skomponowania posiłku używa się specjalnych kalkulatorów, a mięso suplementuje. Można korzystać z uproszczonych, gotowych suplementów (Felini Complete, TC Premix) lub dużo zdrowszych naturalnych składników (m.in. mączka z alg morskich, mączka ze skorupek jaj, tauryna, drożdże browarnicze, suszona krew, tran z dorsza, sól himalajska, olej z łososia, witamina E).

Wokół BARFa krąży wiele mitów, rzekomo surowe mięso jest szkodliwe, bo zawiera bakterie i pasożyty, surowe kości zabijają, nie da się samemu zbilansować zwierzakowi diety, a nawet, że mięso wywołuje agresję. A tymczasem barfujące zwierzaki cieszą się świetną kondycją, nieraz dzięki tej diecie wracają do zdrowia albo gubią zbędne kilogramy...


Jeśli ktoś chciałby zacząć barfną przygodę ze swoim zwierzakiem albo dowiedzieć się więcej na ten temat, serdecznie polecam zajrzeć tutaj.

piątek, 21 lutego 2014

Przetestowane: żwirek Cat's Best Eco Plus

Ilość: 10l, 20l,40l
Cena: 2-3zł/l
Rodzaj: drewniany zbrylający

Zalety:
Bardzo dobrze pochłania zapachy
Zbrylający, bryłki są trwałe
Lekki, łatwy do przenoszenia, dobrze się w nim kopie, mokry nie opada na dno, więc się nie przykleja i nie trzeba go zeskrobywać
Estetyczny wygląd i przyjemny zapach rodem ze sklepu meblowego
Naturalny, ulegający biodegradacji, można usuwać go w toalecie
Bardzo wydajny, 10l starcza nam na ponad 2 miesiące
Ekologiczne, papierowe opakowanie

Wady:
Nieludzko się roznosi, przyczepia do kocich łapek, kot próbując się go pozbyć, rozrzuca żwirek wszędzie dookoła.

"Grudki żwirku można opróżniać do toalety tylko w rozsądnych ilościach! Nasyp niewielką ilość zużytego żwirku do toalety i poczekaj aż nasiąknie wodą. Toaleta nie jest idealnym rozwiązaniem podczas opróżniania kuwety. Żwirek powinno wyrzucać się do kompostu lub odpadów. " stąd
Ocena: 6/6

Ktoś może stwierdzić, że taki żwirek to fanaberia, bo co za różnica, do czego załatwia się kot. Nie dla mnie, skoro już zajmuję się sprzątaniem kuwety, to mogę to sobie ułatwić. Żwirek ma przede wszystkim być łatwy do sprzątania i wiązać zapachy. Nienawidzę babrać się w bentonicie, cuchnie, rozwala się, przykleja do kuwety i łopatki, czyszczenie tego jest męczące. CBE+ zapewnia mi większy komfort, zdecydowanie wolę odkurzać dywany dwa razy dziennie niż wstrzymywać oddech nad umazaną kuwetą.
To zdecydowanie mój żwirkowy faworyt, spełnia wszystkie moje wymagania, a do jednej jedynej wady można się przyzwyczaić i po prostu częściej sprzątać.

środa, 19 lutego 2014

Przetestowane: żwirek Super Benek Naturalny



Producent: Certech
Ilość: 5l, 10l, 25l (20kg)
Cena: ok 2zł/litr
Rodzaj: bentonitowy zbrylający

Zalety:
Dość dobrze chłonie zapachy, przy sprzątaniu kuwety nic nie czuć, gorzej, gdy poleży trochę w worku na śmieci
Przystępna cena
Łatwo dostępny, można go kupić w wielu sklepach
Prawie nie roznosi się po mieszkaniu
Podobno eliminuje grzyby i bakterie




Wady:
Mimo, że się zbryla, bryłki są dość nietrwałe
Mokry opada na dno kuwety i trzeba go zeskrobywać
Nie prezentuje się zbyt estetycznie

Ocena: 4/6

Uwaga, Benek zmienia opakowanie! Nowe wygląda tak, osobiście jeszcze go nie widziałam:

piątek, 14 lutego 2014

Walentynkowy dzień dziesiąty

Dzień dziesiąty licząc od pierwszego dnia rzygania żółcią dalej niż się widzi, a trzeci od znacznej poprawy. Nie ośmieliłabym się stwierdzić, że już na pewno wszystko minęło i mam tu ozdrowieńca, ponieważ wszystko się może zdarzyć, ale raczej powinno być dobrze. Felaś zachowuje się zupełnie jak dawniej i jest bardzo miło i męcząco, bo to najupierdliwszy i najbardziej irytujący kociak świata.

Schudł i nadal chudnie, gdyż ze względów bezpieczeństwa dostaje niewielkie ilości pożywienia, które stopniowo są zwiększane. Dopiero za dwa-trzy dni wprowadzimy suchą, na razie jedzie na najlepszych puszkach. Głodny jest, rzuca mi się w talerze, szuka, wydziera się, ogólnie masakra. A jeszcze dostał coś na poprawę apetytu... ratunku!
Z 3,7kg zeszło do 2,8kg, tyle to on ważył w wieku pięciu miesięcy. Widzę tę zazdrość w Twoich oczach Zuziu, też byś chciała mieć takie problemy, utuczyć kota łatwiej niż odchudzić.

Macie tu walentynkowe zdjęcie mojego przystojniachy:

Na czerwonym, romantycznym tle :)

Na koniec prezentacja wygolonych kocich łapek:


środa, 12 lutego 2014

Dzień ósmy. Czyżbyśmy wygrywali?

Wczorajszy wieczór był wspaniały, mój Fisiek powrócił!  Domagał się zabawy, ale mu odmówiłam ze względu na jego formę i wenflon w łapce. Najpierw nie chciał jeść,  ale w końcu trochę dziabnął. A wieczorem…udeptywał mnie, po raz pierwszy od tygodnia ugniatał! Próbowałam go odsuwać, żeby nie męczył swojej biednej łapki, ale był niezmordowany, nie wyspałam się;)
Już się odzwyczaiłam od jego normalnego zachowania i zapomniałam, jak codzienność z Felastym jest męcząca (i cudowna, żyć się bez tego nie da) – łazi to to, coś kombinuje, miauczy nieprzerwanie, zwariować można. Jest słabiutki i wygląda okropnie, widać mu wszystkie kosteczki, boki zapadnięte,  no szkielecik, pół kota ubyło.
Nie wymiotował, a w kuwecie znalazłam prawie normalny koci bobek zamiast krwawej masakry.  Felasty musi teraz nabrać chęci do pielęgnacji sierści, która zrobiła się tłusta i cuchnąca.
Rano drapał meble i opił się wody jak bąk, aż się przestraszyłam, że go znów brzuszek rozboli. I zjadł swoje śniadanie – mięsny mus z królika Granata Pet, otworzyłam mu najlepszą puszkę, jaką mamy na składzie, i tak się pewnie w połowie zmarnuje (tzn. nasz psi sąsiad będzie miał ucztę), bo nie może stać otwarta nie wiadomo ile,  a Felaś musi jeść maleńkie ilości. Jego układ pokarmowy jest wyniszczony i nieużywany od wielu dni, więc przywracać go do normalności trzeba stopniowo.
Mały stał się przytulakiem, ciągle pcha mi się na kolana i słodko pomrukuje. Nadrabiamy stracony tydzień.
Wydaje się, że powinien z tego wyjść, ale wiecie, jak to jest. Ciężko chory (każdego gatunku) wraca do zdrowia, każdy się cieszy, a potem następuje nagłe pogorszenie, nawrót choroby, i wszystkich ogarnia rozpacz, bo już nic nie da się zrobić.

wtorek, 11 lutego 2014

Tydzień walki za nami. Poprawa.

Felaś nie wymiotował od wczoraj, próbował też pić i spał ze mną, nie w najciemniejszym kącie. Po odebraniu z kroplówki zmienił się nie do poznania; dotąd milczący i osowiały, cichutko zamruczał, położył się na mnie na sekundkę, stuknął łebkiem, chodził, miauczał i próbował pozbyć się wenflonu. Coś cudownego, część mojego Felisia powróciła, choć na zaledwie kilka minut. Teraz znowu leży, zobaczymy, co przyniesie nam noc. Nie dostaje już przeciwwymiotnych, więc trochę się obawiam.

Dzisiaj króciutko, ale za to z nadzieją. Obiecuję, że jeśli z tego wyjdziemy, przyszykuję jakąś luźną notkę w stylu tych, które tak lubię czytać -  jakieś pochwalenie się zakupami albo rzeczami Felasia.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Szósty dzień walki

Zwykle piszę o późniejszej godzinie, bo w każdej chwili wszystko się może zdarzyć, ale zrobię wyjątek dla Zuzi, może wejdziesz tu trochę wcześniej i przeczytasz, tak bardzo się niecierpliwisz;)

Mam nieco lepszy nastrój, nadzieja mnie złapała i nie puszcza, ale muszę zachować dystans, by nie przeżyć później wstrząsu większego niż to konieczne, jeśli jednak się popieprzy, i radzę Czytelnikowi to samo, jeśli się wczuł w tę całą sytuację (a wiem, że to możliwe, sama śledziłam internetowo losy dwóch pokrzywdzonych kotów i płakałam, gdy odeszły).

Na dzień dzisiejszy jest prawie lepiej:) Co prawda załatwia się krwią (przez co cuchnie i jest cały upaprany), kuli się i wymiotuje, ale, ale! Jak na ciężko chorego bardzo energicznie próbował się wydostać z lecznicowej klatki i JADŁ. Co prawda tylko trochę i pewnie zaraz się po tym pokrwawi z którejś strony (do tego to był jakiś Whiskas, a moje zdanie o tego typu produktach jest bardziej niż niepochlebne), więc więcej nie dostanie, ale sam fakt, że wziął coś do pyska to już jest coś. I wyniki krwi dużo lepsze (uproszczając: coś, czego wcześniej było 1tys, teraz jest 10tys, co pozwoli mu dalej walczyć).

Trzymać proszę kciuki:)

niedziela, 9 lutego 2014

Trzymamy się już pięć dni.

Co prawda dzień jeszcze nie minął, ale zostało niedużo czasu do końca, więc chyba mogę napisać.
Jakoś się jeszcze Felaś trzyma. Nie wiem, jak on to robi, ale wskakuje mi na biurko i sobie tam leży. Gdy widzę, że chce się dostać na parapet, staram się go na niego wsadzać. Nie ważyłam go, ale w ogóle nie odczuwam jego ciężaru, pewnie waży ok. 2kg, a było prawie 4kg. Wyobraźcie sobie, jak musi wyglądać. Albo lepiej nie, oszczędźcie sobie tego widoku.
Śmierć tu jest, niemal można ją wyczuć (lub mi odbija od tego wszystkiego, co całkiem możliwe), pytanie tylko, jak długo jeszcze będzie tu tkwić, czy odpuści, czy weźmie, co jej się należy (proszę darować ten bełkot, musiałam).
Próbowaliśmy mu zrobić zastrzyki, ale nie ma się w co wbić, skóra jest twarda, zasuszona i nierozciągliwa. Nie dałam rady się przez nią przebić, zrobił to ktoś inny. Tylko sierść na karku się polepiła, a od kota wali lekami, więc pewnie było za płytko i się wysączyło. I przez to co trzy godziny jest krwisty bełt. Fiś niestrudzenie wędruje do kuwety celem zwymiotowania, czasem zdąży, czasem nie. Myślałam, żeby mu ją przestawić bliżej jego meliny (cały mój pokój, wyraźnie nie życzy sobie towarzystwa, więc prawie tam nie wchodzę), ale może to nie przypadek, że stara się trzymać jak najdalej od skupisk wirusa (zawartość kuwety).
Nie chcę nastawiać się na to, że z tego wyjdzie, bo jak nie wyjdzie, będzie jeszcze bardziej bolało. Dlatego jest dla mnie trupkiem, który udaje żywego. Nie jest trudno tak myśleć, wystarczy nań spojrzeć. Jednak nadzieja wkrada się i trzyma, Felin dziś próbował pić, i to kilkakrotnie. Małe, ostrożne łyczki. Prawdopodobnie to od nich te wymioty, ale niech sobie pije, jeśli jest w stanie.
I przejawia zainteresowanie tym, co dzieje się za oknem, nieznaczne, ale jest.

Skoczyliśmy na szybko do lecznicy, dostał leki i małą kroplówkę. Przetrzymajmy tę noc.

sobota, 8 lutego 2014

Mija już dzień czwarty. Coś więcej na temat panleukopenii.

Nie mogę znieść tego spojrzenia, gdy na mnie patrzy czuję się tak, jakby coś mnie rozrywało od środka. W sumie to rozrywa mnie za każdym razem, jak na niego popatrzę.

Najgorszy syf nam się przyplątał, jeśli z tego wyjdziemy, to będzie jakiś cud. Głównymi objawami panleukopenii są:
- wysoka gorączka powyżej 40 C (wczoraj spadła, teraz nie wiem)
- silne wymioty, pieniste, żółte, podbarwione krwią (dziś były bardziej żółte niż czerwone)
- cuchnąca, wodnista, silna biegunka, żółta lub podbarwiona krwią (tego jeszcze nie mamy, cała różowa maź ląduje w kuwecie)
- wiszenie nad miską z wodą (niezwykle przygnębiający widok)
- ospałość i apatia, kot przestaje pielęgnować futro (i śmierdzi)
- przykulona pozycja ciała, która pozwala minimalizować ból brzucha
- brak apetytu i pragnienia
- wychudzenie (i to jakie, boję się go postawić na wagę)
I inne, mniej typowe.

Tego nie da się tak po prostu wyleczyć, można tylko starać się utrzymać chorego przy życiu i czekać, aż ozdrowieje, zwalczając wirusa.

Należy:
- powstrzymując wymioty i biegunkę oraz podając dożylną kroplówkę pilnować, by się nie odwodnił, bo umrze
- uważać, by się nie wyziębił i ogrzewać, bo umrze
- podawać antybiotyki, bo nie mając żadnej odporności, zachoruje na infekcję i umrze

Choroba występuje w trzech postaciach: ostrej, nadostrej i łagodnej. W przypadku nadostrej śmierć następuje nagle, bez objawów. W przypadku ostrej po 1-3 dniach. W postaci łagodnej 5-6 dniach. Przypominam, że mamy już dzień czwarty.

I musimy przetrwać jutro bez kroplówki i samodzielnie aplikując zastrzyki.


Jak tu się uczyć polskiego, historii, matmy i biologii? Nic mi do głowy nie wchodzi.


piątek, 7 lutego 2014

"Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie"

Piszę jedną ręką, bo na drugiej siedzi Fiś. Po raz pierwszy od trzech dni się ode mnie nie odsuwa. Nic to, że zaraz będę cała w różowej cuchnącej kociej kupie, niech sobie siedzi, jest taki mięciutki.
To chyba jednak panleukopenia, choroba, która zabija w kilka dni i mało który kot z niej wychodzi. Mamy już prawie wszystkie objawy.
Felaś po kroplówce jakby nieco żwawszy, ale to marne pocieszenie. Zaczął miauczeć, nie da się słuchać tego przepełnionego cierpieniem dźwięku. Trochę mniej rzyga, ale za to żółć zmieniła się w coś przypominającego krew.
Będziemy walczyć, ale i tak już zwątpiłam i tylko czekam na najgorsze, nie umiem tego udźwignąć. Napawam się jego ciepłem, dotykam aksamitnego futerka, wdycham jego cudowny skórkowy zapach, bo może już niedługo. Plecy mnie bolą, ale jeśli zechce, będziemy tak siedzieć do rana.


czwartek, 6 lutego 2014

Życie z Fisiem to życie w ciągłym stresie

Jestem wyczerpana psychicznie i muszę się poużalać, a to najlepsze po temu miejsce, więc wybaczcie.

Uwielbiam mojego ośmiomiesięcznego kociaka i to chyba moje przekleństwo. Od samego początku coś się z nim dzieje, choć do tej pory było to niemal niezauważalne. Szczegół, że nie potrafię już zliczyć, ile razy nosiłam jego mocz do badania i ile razy Mały miał pobieraną krew. Ile czasu spędziłam na zastanawianiu się, co mu może dolegać i czy szczepienia i kastracja go nie zabiją. Przez pół roku mój radosny promyczek świetnie się trzymał i wszystkie te troski skutecznie ode mnie odsuwał swoją niespożytą energią i irytującymi, lecz uroczymi harcami.

Teraz całkowicie się popieprzyło. Fiś kiepsko się czuje i tylko leży, a ja tak przywykłam do jego ciągłego pomiaukiwania i tuptania po domu, że ta cisza mnie przytłacza i nie wiem, co z sobą zrobić.
Miniona noc była jednym wielkim koszmarem na jawie. Niespokojny sen pełen niepokojących obrazów co dwie godziny przerywany głuchymi odgłosami wymiotującego kota. Wszędzie żółć i piana. Ciężko było mi go zostawić rano samego na siedem godzin, ale nie było innej możliwości. I tak zwolniłam się z dwóch ostatnich lekcji, by jak najszybciej zabrać go do weta. Nie przypuszczałam, że jest aż tak źle.
Dobrze, że to nie ja wróciłam pierwsza do domu i to nie ja zastałam kuchnię upstrzoną pięcioma kocimi pawikami, bo chyba bym tego nie zniosła.
Felaś dostał kilka zastrzyków i został przebadany. Uczucie towarzyszące oczekiwaniu na wynik testu na panleukopenię i obawa, że będzie pozytywny, niezapomniane. Nie polecam, dawno serce tak mi nie biło. 

Teraz trzeba przetrwać noc i czekać, aż spadnie gorączka. Odliczam każdą minutę, która minęła od ostatnich wymiotów. Upłynęły już prawie trzy godziny, trzymajcie kciuki, by trwało to jak najdłużej, bo każde rzygnięcie jeszcze bardziej mnie dobija, a Felaś coraz mocniej się odwadnia.
Mały schudł jakieś 300g w dwa dni, a już wcześniej był chudziną. I nie odzywa się, a taka z niego słodka gadułka. Zaszył się w najciemniejszym kącie i wpatruje tępo w przestrzeń.
Jutro kroplówka. Nie wiem, czy uda się stwierdzić, od czego to wszystko. Jeśli od tego piórka, które zjadł kilka dni temu przez moją nieuwagę, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Musi zacząć pić i jeść, musi wydobrzeć. Warto było zgarnąć go z ulicy, dałam mu pół roku szczęśliwego życia, ale czymże jest pół roku, gdy inne koty szczęśliwie dożywają lat piętnastu?

wtorek, 4 lutego 2014

Przetestowane: żwirek dla kota Tesco Value

Dziś pragnę przedstawić nowy cykl blogowy, testy i opinie dotyczące produktów dla kotów. Możecie się tym kierować lub nie, ale myślę, że warto się zapoznać:)
Na pierwszy ogień idzie żwirek marki Tesco.

Właśnie skończył się mój ulubiony drewniany CBE+ (o którym napiszę już wkrótce) i byłam zmuszona kupić coś innego. Tesco był pierwszym kupionym przeze mnie żwirkiem, ale już nigdy do niego nie wrócę, nie ma mowy.

Ilość: 5kg (starcza na jedno wypełnienie średniej kuwety)
Cena: 5zł
Rodzaj: bentonitowy zbrylający

Zalety:
Niska cena
Nie roznosi się po domu
Ekologiczne papierowe opakowanie

Wady:
Nie chłonie zapachów. Co prawda w pomieszczeniu nic nie czuć, ale przy sprzątaniu... litości, co za smród! (szczególna tortura dla opiekuna młodego, jeszcze niekastrowanego kocurka, zaręczam)
Bardzo źle się zbryla. Grudki przy wybieraniu z kuwety rozpadają się na setki małych, śmierdzących granulek, których nie da się usunąć.
Ciężar. Mimo dużej wagi, jest go niewiele. Lepiej nie próbować go nieść o własnych siłach dalej niż do samochodu, torba jest nieporęczna, a rączki wbijają się w dłonie (tak, niosłam go osobiście ze sklepu do domu, na szczęście niedaleko). Źle się z niego wykopuje zakopane na dnie kocie urobki.
Grudki przyklejają się do dna kuwety i trzeba użyć siły, by zeskrobać powstały osad.

Ocena: 2/6

niedziela, 2 lutego 2014

Kizia, kotusia, która miała pecha

Miałam o niej nie pisać, jedna smętna historyjka wystarczy, ale pomyślałam, że zasługuje na to, by o niej wspomnieć. Ze względu na długość, tekst zostanie podzielony.

Kizia-Mizia, zwana Zizią MasKotką, a wcześniej Złodziejem. Pojawiła się pewnego dnia na balkonie, ulubionym miejscu obserwacyjnym i jednocześnie stołówce Klucha. Od razu opróżniła Kluskowi miskę, a poszkodowany tylko bezradnie się temu przyglądał.
Obcy kociak zupełnie się mnie nie bał, w odróżnieniu od wszystkich innych odwiedzających nas kotów. Posiedział sobie chwilkę, porozglądał się za jedzeniem, a potem poszedł. Uznałam to za incydent i zapomniałam o sprawie nie wiedząc, że to początek ciekawej i długiej znajomości.

Pojawiła się po kilku miesiącach, siedzieli sobie z Kluchem na jednym parapecie. Wyglądało to interesująco ze względu na podobne umaszczenie tej dwójki.
Uznałam to za kolejny incydent i znów zapomniałam. Nie na długo.


Kot powrócił i zjadł Kluchowi obiad, a mi zachciało się go podkarmić i w ciągu kilku minut wciągnął mnóstwo kocich chrupek i odwdzięczył się mizianiem. Był to dla mnie lekki szok, nigdy wcześniej żaden kot nie pozwolił mi się tak głaskać jak ta przybłęda, nawet ten mój. Zwłaszcza ten mój.
A potem przybłęda przychodziła codziennie, przesiadywała na balkonie długie godziny i odpychała Kluchę od miski. Klucha, wielki agresor, dawał się przeganiać niczym bezbronny kociak.  Koty tolerowały się, choć często tłukły po pyskach (Kluch był tym tłuczonym, bo wobec Kizi zawsze łagodny jak baranek), kocur ciągle zaznaczał teren tam, gdzie przesiadywała koteczka, przez co cały balkon był obsikany. Upewniłam się, że nasz gość jest kotką, gdy pojawiła się ruja...

Nie ulegało wątpliwości, że Zizia musi być z Kluseczkiem spokrewniona: ten sam typ umaszczenia, charakterystyczne łatki na brodach i fakt, że przed Kluchą żadnych szarych kotów w pobliżu nigdy nie było (potem porodziły się całe zastępy...). Małe śledztwo, trochę przypuszczeń i wyszło na to, że Kizia jest naszą dalszą sąsiadeczką, zapewne córką Klucha i pewnej prawie białej kotki.
Jak zareagowali moi rodzice na fakt, że mają nowego kota? Niezbyt entuzjastycznie. Kizia przez całe trzy (?) lata, kiedy to do nas przychodziła, była systematycznie przeganiana. Czasem tupnięciem, czasem packą na muchy. Dostałam zakaz dokarmiania, który i tak często łamałam. Zdarzało mi się ją niemiło potraktować, gdy bezczelnie zabierała Kluchowi posiłki, zrzucić z parapetu, gdy kończyła mi się cierpliwość. Żałuję.
Jak ona reagowała na wszystkie nieprzyjemności? Mizianiem oczywiście. Zamiast uciec i nie wracać, kuliła się przy ziemi i prosiła, by nie robić jej krzywdy. Przeganiana wracała po minucie i gdy dotykałam ją w łebek, robiła tę swoją pozycję surykatki. 
Rodzina próbowała mi wmówić, że ona wcale mnie nie lubi, tylko chce jeść i nic więcej jej nie obchodzi. Nie nasz kot, więc ją zostaw, nie karm i nawet nie wspominaj o sterylizacji. Bywało, że w to wierzyłam, bywały też chwile zwątpienia i długie godziny spędzone na zastanawianiu się nad jej losem.

Od lewej: Kluch, Kizia

Napisać, co dalej z Kizią?

sobota, 1 lutego 2014

Mój ideał kota

Marzy mi się kot. Ale zaraz, przecież mam kota. Co prawda mój buras to wspaniały kociak, lecz niestety nie jest moim wymarzonym kocim ideałem, przynajmniej nie do końca.
Jaki jest ten ideał? Kot domowy, czyściutki, zadbany, waga powyżej 4,5kg i sylwetka atlety, najlepiej w obróżce. Większość tych wymagań Fisiek spełnia (do wymarzonej wagi brakuje równo kilograma, a sylwetkę na upartego można nazwać atletyczną, choć mym skromnym zdaniem bliżej jej do ofiary głodu), ale nie spełnia najważniejszego warunku do bycia idealnym: nie jest miziastym uosobieniem łagodności, jakim była jego mamuśka (o niej jeszcze pewnie skrobnę, ale nie będzie to radosne, więc na razie się wstrzymam). Uwielbiam takie koty, wiem, że jest ich mnóstwo i zazdroszczę ich opiekunom. Futrzaste przylepy, które ciągle pchają się na ręce i kolana, ugniatają, ocierają się, mruczą, wylewnie witają w drzwiach, można je sobie głaskać, kiedy się zechce, a one zamiast zirytowane pacać łapką i zmykać, będą jeszcze wdzięczne za poświęconą uwagę.
Sama słodycz, nieprawdaż?

Może Felaś wyrośnie ze swojej młodzieńczej niezależności i jeszcze będzie miziasty? Miło by było, bo na razie to przychodzi 2-3 razy dziennie na pięć minut, pougniata, pomruczy i idzie (albo zabiera się za molestowanie rąk, wtedy go przeganiam), zdecydowanie woli wyglądać przez okno albo się pobawić zamiast okazywać czułość.
W sumie i tak nie jest z nim źle. Pierwsze tygodnie życia są bardzo ważne dla przyszłego zachowania kota i jego odnoszenia się do człowieka, a on prawdopodobnie urodził się i wychował na warzywnej grządce z dala od ludzi. Nie był przyzwyczajony do ludzkiego dotyku i jego przeszłość nadal się odzywa: reaguje zjeżeniem na każdy gwałtowny ruch i jest  przerażony, gdy na jego teren przychodzi jakiś obcy ludzki osobnik.

Jaki jest Wasz koci ideał?
Ma ktoś u siebie mój ideał kota?  Mogę przygarnąć, jakby się znudził:)

Ciągle się zastanawiam, czy nie rzucić tej bazgraniny, uciec i nie wracać.