niedziela, 2 lutego 2014

Kizia, kotusia, która miała pecha

Miałam o niej nie pisać, jedna smętna historyjka wystarczy, ale pomyślałam, że zasługuje na to, by o niej wspomnieć. Ze względu na długość, tekst zostanie podzielony.

Kizia-Mizia, zwana Zizią MasKotką, a wcześniej Złodziejem. Pojawiła się pewnego dnia na balkonie, ulubionym miejscu obserwacyjnym i jednocześnie stołówce Klucha. Od razu opróżniła Kluskowi miskę, a poszkodowany tylko bezradnie się temu przyglądał.
Obcy kociak zupełnie się mnie nie bał, w odróżnieniu od wszystkich innych odwiedzających nas kotów. Posiedział sobie chwilkę, porozglądał się za jedzeniem, a potem poszedł. Uznałam to za incydent i zapomniałam o sprawie nie wiedząc, że to początek ciekawej i długiej znajomości.

Pojawiła się po kilku miesiącach, siedzieli sobie z Kluchem na jednym parapecie. Wyglądało to interesująco ze względu na podobne umaszczenie tej dwójki.
Uznałam to za kolejny incydent i znów zapomniałam. Nie na długo.


Kot powrócił i zjadł Kluchowi obiad, a mi zachciało się go podkarmić i w ciągu kilku minut wciągnął mnóstwo kocich chrupek i odwdzięczył się mizianiem. Był to dla mnie lekki szok, nigdy wcześniej żaden kot nie pozwolił mi się tak głaskać jak ta przybłęda, nawet ten mój. Zwłaszcza ten mój.
A potem przybłęda przychodziła codziennie, przesiadywała na balkonie długie godziny i odpychała Kluchę od miski. Klucha, wielki agresor, dawał się przeganiać niczym bezbronny kociak.  Koty tolerowały się, choć często tłukły po pyskach (Kluch był tym tłuczonym, bo wobec Kizi zawsze łagodny jak baranek), kocur ciągle zaznaczał teren tam, gdzie przesiadywała koteczka, przez co cały balkon był obsikany. Upewniłam się, że nasz gość jest kotką, gdy pojawiła się ruja...

Nie ulegało wątpliwości, że Zizia musi być z Kluseczkiem spokrewniona: ten sam typ umaszczenia, charakterystyczne łatki na brodach i fakt, że przed Kluchą żadnych szarych kotów w pobliżu nigdy nie było (potem porodziły się całe zastępy...). Małe śledztwo, trochę przypuszczeń i wyszło na to, że Kizia jest naszą dalszą sąsiadeczką, zapewne córką Klucha i pewnej prawie białej kotki.
Jak zareagowali moi rodzice na fakt, że mają nowego kota? Niezbyt entuzjastycznie. Kizia przez całe trzy (?) lata, kiedy to do nas przychodziła, była systematycznie przeganiana. Czasem tupnięciem, czasem packą na muchy. Dostałam zakaz dokarmiania, który i tak często łamałam. Zdarzało mi się ją niemiło potraktować, gdy bezczelnie zabierała Kluchowi posiłki, zrzucić z parapetu, gdy kończyła mi się cierpliwość. Żałuję.
Jak ona reagowała na wszystkie nieprzyjemności? Mizianiem oczywiście. Zamiast uciec i nie wracać, kuliła się przy ziemi i prosiła, by nie robić jej krzywdy. Przeganiana wracała po minucie i gdy dotykałam ją w łebek, robiła tę swoją pozycję surykatki. 
Rodzina próbowała mi wmówić, że ona wcale mnie nie lubi, tylko chce jeść i nic więcej jej nie obchodzi. Nie nasz kot, więc ją zostaw, nie karm i nawet nie wspominaj o sterylizacji. Bywało, że w to wierzyłam, bywały też chwile zwątpienia i długie godziny spędzone na zastanawianiu się nad jej losem.

Od lewej: Kluch, Kizia

Napisać, co dalej z Kizią?

2 komentarze:

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.