czwartek, 6 lutego 2014

Życie z Fisiem to życie w ciągłym stresie

Jestem wyczerpana psychicznie i muszę się poużalać, a to najlepsze po temu miejsce, więc wybaczcie.

Uwielbiam mojego ośmiomiesięcznego kociaka i to chyba moje przekleństwo. Od samego początku coś się z nim dzieje, choć do tej pory było to niemal niezauważalne. Szczegół, że nie potrafię już zliczyć, ile razy nosiłam jego mocz do badania i ile razy Mały miał pobieraną krew. Ile czasu spędziłam na zastanawianiu się, co mu może dolegać i czy szczepienia i kastracja go nie zabiją. Przez pół roku mój radosny promyczek świetnie się trzymał i wszystkie te troski skutecznie ode mnie odsuwał swoją niespożytą energią i irytującymi, lecz uroczymi harcami.

Teraz całkowicie się popieprzyło. Fiś kiepsko się czuje i tylko leży, a ja tak przywykłam do jego ciągłego pomiaukiwania i tuptania po domu, że ta cisza mnie przytłacza i nie wiem, co z sobą zrobić.
Miniona noc była jednym wielkim koszmarem na jawie. Niespokojny sen pełen niepokojących obrazów co dwie godziny przerywany głuchymi odgłosami wymiotującego kota. Wszędzie żółć i piana. Ciężko było mi go zostawić rano samego na siedem godzin, ale nie było innej możliwości. I tak zwolniłam się z dwóch ostatnich lekcji, by jak najszybciej zabrać go do weta. Nie przypuszczałam, że jest aż tak źle.
Dobrze, że to nie ja wróciłam pierwsza do domu i to nie ja zastałam kuchnię upstrzoną pięcioma kocimi pawikami, bo chyba bym tego nie zniosła.
Felaś dostał kilka zastrzyków i został przebadany. Uczucie towarzyszące oczekiwaniu na wynik testu na panleukopenię i obawa, że będzie pozytywny, niezapomniane. Nie polecam, dawno serce tak mi nie biło. 

Teraz trzeba przetrwać noc i czekać, aż spadnie gorączka. Odliczam każdą minutę, która minęła od ostatnich wymiotów. Upłynęły już prawie trzy godziny, trzymajcie kciuki, by trwało to jak najdłużej, bo każde rzygnięcie jeszcze bardziej mnie dobija, a Felaś coraz mocniej się odwadnia.
Mały schudł jakieś 300g w dwa dni, a już wcześniej był chudziną. I nie odzywa się, a taka z niego słodka gadułka. Zaszył się w najciemniejszym kącie i wpatruje tępo w przestrzeń.
Jutro kroplówka. Nie wiem, czy uda się stwierdzić, od czego to wszystko. Jeśli od tego piórka, które zjadł kilka dni temu przez moją nieuwagę, to nigdy sobie tego nie wybaczę. Musi zacząć pić i jeść, musi wydobrzeć. Warto było zgarnąć go z ulicy, dałam mu pół roku szczęśliwego życia, ale czymże jest pół roku, gdy inne koty szczęśliwie dożywają lat piętnastu?

3 komentarze:

  1. Nieciekawie z Fiśkiem.. Mam nadzieję, że się z tego wyliże i wydobrzeje. Towarzyszę Wam duchowo. Oby wszystko Wam się poukładało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety. Oby, oby. Dziękujemy z Fiśkiem za towarzystwo duchowe, przyda się:)

      Usuń
  2. Jak tak czytam to się wzruszam. ;( Bardzo jakoś mi go żal i ciebie choć nawet nie znam was osobiście... zostało tylko czekać.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.