poniedziałek, 10 marca 2014

Kastracja. Żyjemy!

Właściwie to nie wiem, od czego zacząć. Od rana jestem chodzącym kłębkiem nerwów i tracę panowanie nad emocjami. 
Fiś wrócił o piątej i nie chciał siedzieć w transporterze, więc go wypuściłam. Zataczał się i obijał o wszystko (a więc tak to wygląda, okropne), w końcu wdrapał mi się na kolana. Teraz znów go zamknęłam (bardzo protestował, trochę bałam się go tam wciskać siłą), ale ciągle grzebie przy kratce i buczy. Już nie wiem, co dla niego gorsze, obijanie się po domu czy w transporterze. Nie chcę, żeby się przemęczał i coś sobie uszkodził.

Strach w takiej sytuacji jest normalny, w końcu to ukochane zwierzątko, ingerencja w żywy organizm i zabieg pod narkozą. Pierwszy raz przechodzę przez coś takiego.
Do tego mój Felaś nie jest przeciętnym, młodym kocurkiem, tylko Kociakiem, Który Przeżył. Sapie przy większym wysiłku, ma byle jakie wyniki badań krwi i moczu, do tego zaledwie kilka tygodni temu wyszedł z tego przeklętego tyfusu. Moje obawy w takiej sytuacji były dużo większe i bardziej uzasadnione. No, ale żyjemy!  

Niczego niespodziewający się Felaś dziś z rana:

A tu godzinę temu:

Marzec miesiącem (bezmyślnego rozmnażania) sterylizacji, więc dostaliśmy zniżkę:) A kocia sąsiadów z brzuchem do ziemi, dziś ją głaskałam, jest taka drobniutka i mięciutka...

Mimo wszelkich obaw, musieliśmy zdecydować się na zabieg. Kastracja to obowiązek każdego rozsądnego i kochającego właściciela. A z takim niekastrowanym kocurem po prostu nie da się wytrzymać.

Felasia roznosi już od tygodni, dziś rano wspiął się po zasłonie pod sam sufit, a molestowanie moich rąk i, o zgrozo, głowy, zdarzało mu się coraz częściej. Do tego to rozdzierające miaukolenie i cuchnące siuśki... no musieliśmy, bo jeszcze zacząłby znaczyć albo nie daj Boże uciekłby z domu. Miał być kastrowany w styczniu, ale wyszło jak wyszło, i dobrze.
I nie zamierzam go karmić suchym żarciem "sterile", bo to chwyt marketingowy, te karmy mają beznadziejny skład.

Jakiś czas później: Fiś zsiusiał się do transportera.  Wszystko zasiusiane, z kotem włącznie...

4 komentarze:

  1. O, jak dobrze, że już po wszystkim. :) Teraz będzie o wiele lepiej. A ja niestety od początku karmiłam Sonię taką karmą... i dlatego przytyła. A wyniki w porządku. Niech jak najszybciej wróci do normy. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie martw się :) Rozumiem strach, ale trzeba być optymistą :) Ojej... dobrze, że on na Ciebie trafił...

    OdpowiedzUsuń
  3. Koty są mi obce, nigdy nie interesowałam się zwierzętami i jak już, wolałabym mieć psa (bo mogłabym nazwać go Sherlock hihi), więc nie do posta się odniosę - świetny tytuł bloga!
    Brzmi jak komentarz "na siłę", ale naprawdę bardzo mi się podoba :))
    (Twoje pisanie też, ale nie moja tematyka)
    Uroczy zwierzak, trzymaj się! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, marzec... Mam nadzieję, że Fiś dobrze go zniesie ;) Kastracja była dobrą decyzją. Nie posiadam kastrata, a wysterylizowaną kotkę i doskonale wiem, jaki jest ten marzec. ;)
    Czekam na kolejne posty! (Zaobserwuję w najbliższych dniach, gdyż dołączając do witryny ukazuje mi się nieaktualne, stare konto.)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.