niedziela, 2 marca 2014

Kizia, kotusia, która miała pecha (II)

Miałam tego nie publikować, leży sobie napisane już kilka tygodni, ale ostatnio znów męczy mnie sumienie, a do tego zaczął się marzec - miesiąc bezmyślnego rozmnażania. Kontynuacja historii o koteczce, która źle trafiła.

Domowe kotki, gdy ich kocięta są notorycznie zabijane, potrafią zacząć rodzić poza domem i kolejne mioty wychowywać na dzikuski, które przyprowadzają do domu dopiero, gdy podrosną.

Kizia Mizia była młodą, płodną kotką, to nie ulegało wątpliwości. Praktycznie bez przerwy widziałam ją z brzuchem, a kociąt brak. Było to nieco zastanawiające, ale łatwe do odgadnięcia:  jej ludzie musieli kocięta uśmiercać. Mieli trzy kocice rodzące kilkanaście - kilkadziesiąt kociąt rocznie, nie da się ich wszystkich rozdać, a gdyby zostawiali wszystkie młode dla siebie, w okolicy szybko zaroiłoby się od kotów. Czasami zatrzymywali sobie urocze hasające maluchy, które następnie nagle znikały. Raczej nie trafiały do nowych domów, nie chcę wiedzieć, co się z nimi wszystkimi stało.


Wracając do Kizi: po roku doczekałam się kociąt. Trójka, około dwumiesięczna, sama wskakiwała na balkon. Przecudną tricolorkę widziałam raz, łudzę się, że to dlatego, że ktoś zwrócił uwagę na jej piękno i przygarnął. Dwa kolejne nie były tak śliczne, choć urocze, jak to kocięta. Czarny z białymi znaczeniami został Dzikusem, ze względu na przeraźliwe syczenie przy próbach nawiązania kontaktu, gwałtowność i dominującą postawę. Drugi, biały z szarym, Kee-Tieh (no nawymyślałam, czyt. Kiti), sprawiał wrażenie głuptasa, to on mnie ujął. Bał się ludzkiej ręki, ale gdy jadł, nie zauważał jej i można było go głaskać. Kika tygodni ciężkiej pracy i zrobiłoby się z niego domowego kota. Klucha śmiertelnie się obraził za to, że na jego terenie przebywają te dzieciaki i jeszcze zjadają jego chrupki, więc postanowił odpocząć i zniknął na miesiąc. Myślałam, że nie wróci i planowałam odłowienie Kee-Tieh.


Kocięta przebywały na balkonie i chroniły się przed mrozem w piwnicy przez kilka tygodni. Na początku Kizia oddawała im swoją porcję jedzenia i nawet przyniosła im jakąś krwawą kość, potem je porzuciła, pewnie szykowała się na następne. Smutny to był widok, dwa przemarznięte, przytulone do siebie i nieufne wobec człowieka maleństwa. Nagle zniknęły.
Na pocieszenie dodam, że jakiś czas temu je widziałam, przyszły zalecać się do ciotki/babki. Jakoś im się udało dorosnąć. Kee-Tieh widuję dość często, miewa się świetnie, oczywiście jak na niekastrowanego kocura.

Kee Tieh obecnie

A Kizia? Odwiedzała nas przez kolejny rok, raz z brzuchem, raz bez. Gdy w marcu Kluch zaginął, praktycznie zamieszkała na balkonie, spędzała tam całe dnie. Za czułe pocieszanie po stracie kocurka otrzymywała porcję kocich chrupek. To chyba wtedy się do siebie zbliżyłyśmy.
***
Dochodzimy do końca tej opowieści. Pod koniec sierpnia odwiedziła mnie późnym wieczorem, posiedziałyśmy sobie na balkonie. Nagle w dole coś przeraźliwie zamiauczało. Burasek. Tyci, rozkrzyczany koteczek chciał dostać się na górę, do mamusi. W jedną rękę wzięłam Kizię, w drugą paczkę suchej karmy, której zapas został po Kluchu, i udałam się na dół, do maleństwa. Z garścią chrupek podeszłam do koteczka, pamiętając poprzedni dziki miot. Zajęty jedzeniem, nawet mnie nie zauważył. Wzięłam małego na ręce i zaniosłam na balkon, po drodze zabierając Kiźce worek z karmą, do którego zdążyła już włożyć łebek i pewnie pochłonąć połowę zawartości.
Potem siedzieliśmy we trójkę na balkonie, oba koty tak wygłodniałe, że nie widziały świata poza torbą z żarciem. Znalezione kocię było wynędzniałe, zapchlone, z nastroszoną sierścią i wystającymi kosteczkami, leciutkie jak piórko. Zizia wyglądała mało lepiej, cała rodzinka musiała głodować.
W końcu Kizia sobie poszła i nawet się za małym nie obejrzała.
No i co miałam zrobić, zostawić tę kruszynkę samą w środku nocy? Chciał do matki, ale ona już nie była nim zainteresowana, wolała wrócić do pozostałych kociaków, przecież z tą Dużą nic buraskowi nie grozi, a tamte są takie samiutkie i bezbronne.
I tak oto przy okazji Czytelnik poznał historię Felasia.

Od tej pory widywałam koteczkę coraz rzadziej,  przestała nas odwiedzać. Po kilku tygodniach przyprowadziła mi drugie kocię, ale go nie wzięłam. Później miałam jeszcze okazję je zgarnąć, ale tego nie zrobiłam, nie byliśmy gotowi na drugiego kota. Do tej pory żałuję, wystarczyło się uprzeć, można było znaleźć mu dom, albo by nas urzekło i już zostało.
Kizia i maluchy, czarne kocię i Kuleczka, którą mi przyprowadziła, zniknęły w październiku, na pewno nie same z siebie. Może je gdzieś wywieźli, a może zapakowali w worek i wrzucili do pobliskiej rzeki.

***
Zizia i Kuleczka nie dają mi spokoju od miesięcy, próbuję się z tym pogodzić i zapomnieć, ale nie potrafię. Dopiero po jej stracie uświadomiłam sobie, że Kizia Mizia była mi bliska i że za nią tęsknię, to jej zawdzięczam to, że mam Felasia. Mizia była cudowną, łagodną kotusią, która źle trafiła. Nie zasłużyła na takie życie, jej miejsce było na kanapie przy kochających opiekunach, których mogłaby miziać do upadłego. Chciałabym cofnąć czas, zaopiekować się nimi.
Jedyne, co mogę teraz dla nich zrobić, to przelać swoje uczucia na Fisia i uczynić go najszczęśliwszym kociakiem na świecie, a kiedyś zebrać się na odwagę i pomóc innemu kotu w potrzebie. I promować sterylizację, by ograniczyć ten ogrom kociego nieszczęścia, który otacza nas ze wszystkich stron.

2 komentarze:

  1. O tak, Kizia śliczna :) Czytając nie spodziewałam się, że to był Felaś.. a więc tak się u Cibie znalazł. Niestety, teraz już tylko trzeba głosić sterylizację, biedna koteczka... czasu cofnąć się nie da, ale ważne, że uratowałaś tego biednego kociaka- Felisia. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedne malutkie i Kizia :(

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.