czwartek, 24 kwietnia 2014

Karmienie kota

Post dedykuję Miluni, bo tak się go dopraszała...:)

Najważniejsze, o czym musimy pamiętać - kot jest bezwzględnym mięsożercą. Potrzebuje więc pożywienia składającego się głównie z produktów zwierzęcych i nie jest przystosowany do trawienia zbóż. Węglowodany w ilości większej niż 5-8% mu jedynie szkodzą. Właściwie kot w większości przypadków doskonale może obejść się bez nich.

Dzięki tej wiedzy możemy kotu dobrać odpowiednią gotową karmę, a także wiemy, czym go nie częstować - ziemniaki, kasze, pieczywo i cała gama innych produktów dla ludzi nie stanowią dla kota żadnej wartości odżywczej, a delikatny żołądek mogą podrażnić.
Ja nie daję kotu nic, co nie jest mięsem albo jajkiem, ale  można od czasu do czasu podać niewielką ilość warzyw czy produktów mlecznych (jeśli nie występują po nich sensacje żołądkowe),  jeżeli tak bardzo chcemy dopieścić mruczka czymś, co mu smakuje. Mleko nie może zastąpić kotu wody. Poza tym matczynym, nie jest naturalnym pokarmem kota i nie ma dla niego żadnej wartości, to jedynie przysmak, który u wielu osobników powoduje problemy żołądkowe.

Mięso - wieprzowinę lepiej nie, ale inne jak najbardziej. Można je sparzyć albo ugotować, ale najlepsze jest surowe, gdyż obróbka termiczna pozbawia je wielu wartości odżywczych. Kotu się nic od surowizny nie stanie, o ile świeża i z pewnego źródła. Nie warto kupować ładnych i chudych kąsków, bo nie dość, że drogie, to najmniej dla kota wartościowe.
Samo mięso bez odpowiednich suplementów może stanowić jedynie dodatek do diety, a nie jej podstawę.

Zapotrzebowanie kota na podstawowe składniki: 
Białko: 50-65%
Tłuszcz: 20-38%
Węglowodany: <5%

A teraz zerknij na analizę procentową karmy swojego kota... trochę się rozjeżdża w porównaniu z tym, prawda? I zawsze będzie, bo nie ma karmy idealnej, ale możemy wybierać te najbardziej zbliżone do wzorca.  

Kot potrzebuje dziennie:
50-60kcal/kg masy ciała
50-60ml wody/kg m.c.
5g białka/kg należnej masy ciała
Na podstawie tych danych można ustalić dokładną dawkę karmy. 

W naturze kot jada często, ale w małych ilościach, dlatego karmienie dwa razy dziennie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Koci żołądek jest niewielki, zapychanie go dużymi porcjami stanowi dlań obciążenie.
Najwygodniej więc będzie karmić kilka razy dziennie o mniej więcej ustalonych porach.
Wiele osób zapewnia kotom stały dostęp do suchej karmy - może tak być, o ile do miski nakładamy wydzieloną dzienną ilość, a kot nie pożera wszystkiego naraz. Ten sposób najszybciej prowadzi do nadwagi, jeśli nie kontrolujemy, ile zjada kot, tylko ciągle mu dosypujemy.
Stale pełną miseczkę mogą mieć kocięta i ich karmiące matki.

Sucha czy mokra?
Koty rzadko wypijają odpowiednią ilość wody, więc powinny jeść karmę mokrą - sucha nie jest czymś, co odpowiada naturze kota, który na wolności większość potrzebnych płynów przyjmowałby wraz z pokarmem. Koty jedzące wyłącznie suchą karmę często są chronicznie odwodnione, ich mocz jest gęsty, nerki słabo się filtrują, łatwiej o schorzenia układu moczowego.
Niestety nie każdego stać na karmienie kota wyłącznie mokrą karmą.
Jak na to zaradzić? Podawać mokrą jak najczęściej i dolewać do niej wody, dzięki temu pupil choć trochę się nawodni.

Dodatki
Czym warto urozmaicać kotu dietę, by go nieco wzmocnić? Tauryna <klik!>, olej z łososia i... jajka. O ile pierwsze dwa produkty są dość drogie i nie zawsze osiągalne, to do zwykłego kurzego jaja chyba każdy ma dostęp. Warto podać kotu surowe żółtko raz w tygodniu, dostarczy mu cennych składników odżywczych i być może... wzmocni jego sierść.


Mój Fisiek dostaje jeść 5 razy dziennie, co 3-4 godziny. Jeśli się nie da, bo nie ma nikogo w domu, to omijamy drugie śniadanie. Czasem nałoży się za dużo do miseczki i nie starcza, więc też któryś posiłek odpada.
BARF mam poporcjowany, a gdy daję gotowce, to rano mokre (trawi się 4 godz.), wieczorem suche (trawi się 7godz.).

Ostatnio suchą kilka razy dostał nie z miski, a z domowej roboty kuli-smakuli (rolka po ręcznikach papierowych, ale planuję też przedziurawić małą butelkę po wodzie), albo musi pobiegać za chrupkami rzucanymi po podłodze. Polecam to kocim żarłokom, znudzonym i grubaskom, będą miały zajęcie.

sobota, 19 kwietnia 2014

Moja droga do zdrowego żywienia kota

Całkiem niedawno miałam taką wiedzę na temat żywienia kota, jak każdy przeciętny właściciel. Czyli wiedzę znikomą. Kot jadł byle co, słabo wyglądał, miał problemy trawienne. Na szczęście z czasem się to zmieniło, zapragnęłam wiedzy, chciałam lepiej dbać o zwierzaka.

Pierwszym kocim żarciem, jakie sprawiłam Kluchowi, był suchy Kitekat. Później kupowało się wszystko, prawie każda marketówka została choć raz przez niego spróbowana. Żadna sucha mu nie zasmakowała, zjadł maksymalnie 2kg, a już przy następnym worku marudził, więc ciągle trzeba mu było szukać czegoś nowego. Czy patrzyłam na skład? Tak, czytałam wszystkie etykietki, ale nie było na nich nic ciekawego. Wszędzie to samo... Trochę mało tego mięsa, ale trudno, to przecież jedzenie dla kotów, producenci chyba wiedzą, co robią, prawda? Inaczej nikt by tego nie kupował.

Pewnie Kitty, nasz nr1 wśród mokrych karm, bo Biedronka blisko...

Mokra karma to był luksus (też mi luksus za 2zł) podawany od czasu do czasu, raz częściej, raz rzadziej, jak wyszło. Kocur każdą puszkę pochłaniał ze smakiem.

Poza tym jadał różne rzeczy, takie jak mleko, zawartość miski zaprzyjaźnionego psa (a tam można znaleźć wszystko poza odpowiednim dla kota jedzeniem...), mnóstwo skrawków z wędlin. O dziwo nigdy nie wpadłam na to, by dać mu chleba, makaronu czy zupy. Czasem przyrządzałam mu potrawki z ryżu, rosołu i gotowanego mięsa z kurzych korpusów. To uwielbiał najbardziej.

Surowe mięcho i żółtka chyba nigdy się w jego jadłospisie nie pojawiły. Chyba Mama zabroniła mi marnować dobre mięso na kota, a jajka na surowo uważałam za szkodliwe.

Po  pewnym czasie już żadna karma Klusce nie smakowała, więc zaczęłam przeszukiwać internet.
Tam znalazłam karmę w kosmicznych cenach (skoro Whiskasa uznawałam za drożyznę, to Royal dla wybrednych za 40zł/kg musiał wydać mi się wielkim dziwem) i dowiedziałam się, że Whiskas to zło. Przeczytałam jakiś artykuł, w którym bardzo ładnie wytłumaczono, dlaczego karmy z marketu są niezdrowe.

Coś trzeba było zaradzić, przecież nie będę truć własnego kota.
No i trafiłam na Perfect Fit. W porównaniu z innymi miała bardzo dobry skład i profesjonalny opis, który czytałam z zafascynowaniem. Była też w wersji Active, więc idealna dla mojego zalatanego dzikusa.
Jedyna karma, która mu się nigdy nie znudziła. Jadł ją przez kilka lat, do końca. Ze dwa razy spróbował Puriny One, ale ona była tylko dla kotów domowych i kastratów, więc się nie nadawała.

Później jeszcze bardziej zainteresowałam się tematem i zamówiłam mu małą paczkę Porty 21 i puszkę czy dwie Animondy. Oboje byliśmy zachwyceni, ale to taki jednorazowy incydent, nie będę przecież ciągle przez internet zamawiać bo drogo...

A tu pewnie Coshida (Lidl) albo Kitekat.

Wszystko zaczęło się na początku zeszłego roku. Wciągnęłam się w to wszystko i już prawie zamówiłam Kluchowi Taste Of The Wild, ale nie zdążyłam, zaginął.

A potem przez pół roku nawet nie myślałam o kotach (jak to możliwe?).

Następnie zjawił się Felaś i już miałam wszystko zaplanowane. Niestety na początku musiał jeść saszetki Felixa dla juniorków (borze zielony, ileż ja tego nakupiłam) i resztki Perfect Fita po Kluchu, ale najszybciej jak to możliwe zakolegowałam się z Zooplusem. I czytałam więcej niż kiedykolwiek. Właściwie to gdzieś do grudnia czytałam o żywieniu wyjątkowo dużo i zdobyłam nieco wiedzy, którą staram się dzielić z innymi.
A jakieś pół tuzina saszetek Felixa oddałam Kizi.

Do tej pory Fiś jadł już TOTW, Applaws Kitten i Feline Portę, a z mokrych Animondę, Granatę Pet i Catz FineFood. Przeszliśmy też przez wiele sposobów na rozłożenie posiłków.

W listopadzie zakochałam się w idei BARFa. Chciałam spróbować, więc zaczęłam robić nieporadne mieszanki raz na jakiś czas.
Dopiero po felasiowej chorobie wzięłam się za to na większą skalę. Marzy mi się przejście na całkowity BARF z naturalnymi suplementami, ale na razie nie dam rady. Pobawimy się jeszcze syntetycznym FC, a z czasem się zobaczy. Na razie Felin jada porcję mieszanki na kota o wadze 4kg i zagryza suchą, też w dziennej dawce dla kota o tej wadze. Wygląda na to, że dałabym radę wykarmić dwa koty, o ile jadłyby w normalnych ilościach...


Czyż to nie piękne? Całkowicie nie pasuje do idealnej wizji kociaka przy misce kolorowych chrupek. Nasze koty to drapieżniki, nie możemy o tym zapominać.

Podkreślenia - tok myślenia często pojawiający się u ludzi mających koty, rzecz jasna błędny.

środa, 9 kwietnia 2014

Błędne koło uśmiercania kociąt

W mojej okolicy były do niedawna trzy kotki. Każda z nich rodziła jakieś trzy razy do roku, co daje rocznie około czterdziestu kociąt. Kociaki prawdopodobnie były zabijane zaraz po narodzeniu, jednak kilkakrotnie widziałam podrośnięte brykające maluchy, które potem nagle znikały, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co się z nimi działo.

Najstarsza  kotka miała już kilkanaście miotów i chyba nadal rodzi. Najmłodszą uważałam za kocurka, póki nie zobaczyłam jej z niewyobrażalnie wielkim brzuchem. Nagle zniknęła, może nie przeżyła porodu. Nie miała nawet dwóch lat. 

Średnia kotka to Kizia, matka mojego Felasia. Powiła około trzydziestu kociąt, z czego przeżyły... trzy, może cztery. Kizia znalazła sposób na ratowanie swoich dzieci - dwa razy urodziła maluchy poza swoim domem i wychowała je na dzikuski, razem z nimi cierpiąc niedostatek. Był to jedyny sposób na utrzymanie ich przy życiu. Następnie przyprowadziła mi maluchy, licząc na moją pomoc. Dwaj bracia z pierwszego dzikiego miotu przeżyli i przynajmniej jeden z nich ma się nieźle. Ich prześliczna szylkretowa siostrzyczka przepadła. Trzymam się wersji, że ktoś zachwycił się jej urodą i przygarnął.

Gdy już Kizia przekazała mi swojego najsłabowitszego synka, zdecydowała się zaprowadzić dwa pozostałe maluchy do swoich właścicieli. Po kilku tygodniach zniknęła razem z maluchami, widocznie miarka się przebrała i ci ludzie pozbyli się problemu.



Do czego zmierzam? Do uśmiercania kociąt, oczywiście.

Ten proceder jest bardzo popularny - takie najprostsze rozwiązanie małego kociego problemu. Nie wiem, jaki sposób jest najczęściej stosowany, nigdy nie miałam z tym bezpośredniej styczności.  Grunt, że setki kociąt umierają.

Najbardziej humanitarnie byłoby zanieść ślepy miot do uśpienia weterynarzowi, ale to już wymaga więcej zachodu i nie jest darmowe. Niektóre gminy opłacają eutanazję psich i kocich noworodków. Jeśli i tak mają być zabite, warto zapytać o możliwość sfinansowania tej czynności.

Jak widać moje kocie sąsiadki regularnie traciły młode w nienaturalny sposób, a Kizia jest przykładem na to, że kocica doskonale wie, że coś jest nie tak. Kotka ma silny instynkt macierzyński i chce bronić swoich młodych, ale w tej sytuacji jest bezradna.

Takie ciągłe ciąże nie mogą mieć korzystnego wpływu na zdrowie kotki, bardzo obciążają jej organizm. W profesjonalnych hodowlach kocice nie rodzą trzy raz do roku, tylko mają dłuższą przerwę, by móc się zregenerować (wg. regulaminów nie mogą rodzić częściej niż trzy razy na dwa lata). Bez tej przerwy kotka marnieje, a i kocięta nie są tak silne i zdrowe jak powinny. Do tego z czasem wzrasta ryzyko ropomacicza, nowotworów i powikłań w czasie ciąży. Stare kotki umierają przy kilkunastym porodzie.

Gdyby ludzie nie zabijali kociąt, niechcianych kotów byłoby jeszcze więcej... więc lepiej jest je uśmiercić w humanitarny sposób niż pozwolić im się dalej mnożyć, gdyż będą cierpiały dłużej i w większej liczbie. Ale to marne usprawiedliwienie, bo te maluszki rodzą się, by umrzeć, a ich matki męczą się bez sensu.

I po to właśnie jest kastracja. Prosty zabieg, a dzięki niemu zmniejsza się bezsensowne cierpienie i umieranie.

Jeśli finanse nie pozwalają, warto zgłosić się do urzędu miasta/gminy, porozmawiać z weterynarzem, nawet skontaktować się z kocią fundacją. Chcieć to móc, zabieg prosty, a tak ważny.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Jesteś świadomy i odpowiedzialny - kastrujesz

Każdego dnia do schronisk trafia więcej kotów niż z nich wychodzi. Fundacje i domy tymczasowe mają więcej pracy i wydatków niż możliwości i funduszy. Koty latami czekają na kogoś, kto je pokocha, a ich szanse na adopcję z każdym tygodniem maleją. Kolejne kocięta są znajdowane na śmietnikach, a domowe pieszczochy umierają, bo nie radzą sobie na ulicy po tym, jak zostały wyrzucone przez znudzonego właściciela. Wśród tych stworzeń nie brakuje osobników okaleczonych, niewidomych, przewlekle chorych. Kocięta dziesiątkuje koci katar i panleukopenia.

Gorzka prawda: gdyby się nie urodziły, nie cierpiałyby bezsensownie. A przyszły na świat pod czyimś dachem, ktoś cieszył się z uroczych malców swojej kotki, gdy podrosły oddał je w "dobre ręce", i na tym skończyły się jego obowiązki.

I tu przechodzimy do tematu: każdy kochający i odpowiedzialny opiekun kastruje swojego kota.

Ten prosty, przeprowadzany masowo zabieg nie ma żadnych wad, poza ewentualnymi komplikacjami, które zdarzają się naprawdę rzadko. Nie jest okaleczaniem, kocur nie czuje, że coś stracił (nie zauważyłam u Fiśka oznak depresji z powodu tego, że nie jest już męszczyzną), a kotka nie rozpacza dlatego, że nie zostanie matką.

Największą zaletą jest to, że dzięki kastracji nie przyczyniasz się do kociego cierpienia i bezdomności.

Niby jak się przyczyniam rozmnażając, skoro nie wyrzucam tych kotów na śmietnik ani ich nie topię?

Twoje kocięta zajmą miejsca w dobrych domach kotom, które już się narodziły i być może nie przeżyją, jeśli nikt ich nie przygarnie. Dorzucanie własnych kociąt do "kolejki" zwierząt szukających domów  nie jest rozsądne.

Dlatego tak ważne jest kastrowanie, czy jak kto woli sterylizowanie, szczególnie kocic, ale kocurów też - Twój kocur zapładnia wszystko co się rusza, a Ty na to pozwalasz i może przypadkiem przyczyniasz się do tego, że ktoś topi kocięta spokrewnione z Twoim kocurem.

Kotka dostaje pierwszej rui - ciachasz zaraz po niej. Masz w domu dorastającą kocią parkę - kastrujesz przynajmniej jednego kociaka tuż po skończeniu przez niego pół roku, żeby nie narozrabiali po kryjomu. Kotka zaciążyła? Zawsze można przeprowadzić sterylizację aborcyjną.

To ostatnie jest najbardziej kontrowersyjne i wielu się przeciw niemu burzy. Podobno do decyzji o przeprowadzeniu aborcji na kocie trzeba dojrzeć i osobiście doświadczyć sporej ilości kociego nieszczęścia, by pojąć, jakie to rozsądne rozwiązanie. Ja do przekonania się do tego nie potrzebowałam tony nieszczęść, moje nieliczne doświadczenia i zdrowy rozsądek w zupełności wystarczyły, by uznać to rozwiązanie za właściwe.

Kot to nie człowiek, a zwierzę, za które jesteśmy odpowiedzialni. Kotka nie myśli o swojej ciąży aż do momentu porodu, więc za złe nam tego mieć nie będzie i płakać po dzieciach nie zacznie. Inaczej jest w przypadku, gdy jej młode zabijane są tuż po narodzeniu, i to często na jej oczach - może kolejne mioty rodzić poza domem, by uniknęły losu poprzednich, a potem przyprowadzać już duże, całkiem nieoswojone kocięta.

Nie chcemy odbierać kociętom życia, ale czy przyjście na świat będzie dla nich takie dobre? Na pewno te słodkie, małe kuleczki trafią tylko do dobrych opiekunów? Gdy nie ma wielu chętnych, kociaki oddaje się pierwszemu lepszemu i nie sprawdza przyszłych warunków ich życia. To właśnie takie koty potem giną pod kołami samochodów albo rozszarpane przez psy, lądują na ulicy, żyją byle jak zaniedbane, rozmnażają się dalej.

Jeśli mamy już dla malców przygotowane odpowiedzialne domy, gdzie będą miały zapewnioną opiekę weterynaryjną, odpowiednie pożywienie, będą wykastrowane i niewychodzące lub wychodzące w bezpiecznej okolicy, to teoretycznie moglibyśmy pozwolić naszej kotce zostać matką, ale jeśli naprawdę jesteśmy miłośnikami kotów, to polecimy tym dobrym domom uratowanie kota, który już się urodził i być może umrze, jeśli nikt go nie przygarnie. Poza tym, jeśli urodzi się nam szóstka czy ósemka brzdąców, to co wtedy, aż tylu tych wspaniałych chętnych się znajdzie, czy może każdy z nich bez oporów weźmie po dwa kociaki? Mało prawdopodobne.

Nie sprowadzajmy na świat nowych kocich żyć, jeśli nie możemy zapewnić im godnej egzystencji. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nasze maluszki skończą marnie, a jak nie one, to ich potomstwo. Większość kotów przebywających w schroniskach urodziła się w domu. Często też kocięta umierają tuż po urodzeniu i zdarzają się zagrażające życiu kotki komplikacje przy porodzie. Po co to wszystko? Nie byłoby problemu, gdyby kotka została wykastrowana. Rozmnażając naszą kotkę rozbudowujemy niekończący się łańcuch kociego cierpienia. Aborcja to mniejsze zło, zapobiega cierpieniu zarówno tych nienarodzonych, jak i wielu innych kotów.

Wkrótce napiszę o innych zaletach sterylizacji. 

środa, 2 kwietnia 2014

Kot wychodzący vs. niewychodzący

Koty wychodzące to koty, które mieszkają z człowiekiem i są wypuszczane na zewnątrz, gdzie nikt ich nie kontroluje. Spędzają czas na patrolowaniu terenu, polowaniu czy wygrzewaniu się w słońcu, ciesząc się całkowitą swobodą.

Koty niewychodzące cały czas przebywają w domu, pod czujnym i troskliwym okiem opiekuna. Nigdy nie wychodzą same, mają zupełnie inny tryb życia.

Wypuszczanie kota bez nadzoru wiąże się z wieloma zagrożeniami, których trzeba być świadomym. Nie jest niczym rzadkim sytuacja, gdy kot pewnego ranka wychodzi z domu na krótki spacer, by już nigdy nie wrócić. Większość kotów wychodzących nie umiera z przyczyn naturalnych, tylko nagłą, okrutną śmiercią.


Zagrożenia czyhające na koty:

Samochody -  kto choć raz nie widział na ulicy rozjechanego kota? Potrącenie przez samochód jest chyba najczęstszą przyczyną śmierci osobników wychodzących. Jeśli zwierzak zostanie znaleziony i przeżyje, często staje się kaleką (uszkodzenia kręgosłupa, amputacje kończyn i inne). Śmierć może być szybka, ale kot równie dobrze może umierać przez wiele godzin, w samotności i cierpieniu, leżąc w przydrożnym rowie. Mało ruchliwe ulice są równie niebezpieczne jak autostrady. Wystarczy jedno auto przejeżdżające w nieodpowiedniej chwili i już niespodziewający się zagrożenia czworonóg ponosi śmierć.

Psy - agresywnie nastawione do kotów psy nadal nie są niczym rzadkim. Kot może zostać poważnie zraniony lub wręcz rozszarpany, co jest straszną śmiercią. W czasie ucieczki przed jednym zagrożeniem może natrafić na inne - wpaść pod samochód...

Ludzie - ludzkie okrucieństwo nie ma granic. Nieprzychylnie nastawiony do kotów sąsiad, niezrównoważony sadysta czy grupka dzieciaków mogą zgotować kotu prawdziwe piekło. Poza przerażającymi wizjami zamordowania czy okaleczenia nasz kot jest narażony również na straszenie i przeganianie (jak wyżej - uciekając może wbiec pod auto czy natrafić na inną zasadzkę), pobicie, otrucie, wywiezienie daleko od domu.
Inne zagrożenia płynące od ludzi to: kradzież (głównie kotów rasowych, w typie rasy i o niecodziennej urodzie - wypuszczanie ich samych to kompletna głupota), przygarnięcie (ktoś może pomyśleć, że kot jest bezdomny i zechce mu pomóc; szczególnie tyczy się kociąt) lub zabranie do schroniska.

Zatrucia - trujące rośliny lub niebezpieczne substancje, trutki na szczury, zjedzenie zatrutych gryzoni itp. Możemy nie zdążyć na czas pomóc kotu.

Uwięzienia - ktoś może przypadkiem lub specjalnie zamknąć kota np. w piwnicy. Jeśli uda mu się jakoś z niej wydostać, to będzie miał szczęście, ale może też cierpieć tam głód i pragnienie.

Choroby - kot może nabawić się różnych poważnych schorzeń, natykając się na nie w terenie lub zarażając się od innego kota. Na część chorób są szczepionki, na inne niestety nie. Ludzcy domownicy też mogą być zagrożeni, jeśli kot złapie coś atakującego również ludzi, np. grzybicę.  Nie wiadomo,  gdzie był kot i co przyniósł nam do domu na swoim futerku.

Obce koty i inne zwierzęta - walka z rywalem może zakończyć się zranieniami lub zarażeniem chorobami, np. białaczką, FIV, a nawet wścieklizną.

Pasożyty - uciążliwe inwazje pcheł i kleszczy oraz innych pasożytów zewnętrznych i wewnętrznych są bardzo powszechne i często trudne do zwalczenia.

To nie są wszystkie możliwe zagrożenia. Świat zewnętrzny jest nieprzewidywalny, nie wiadomo, co może spotkać naszego mruczka. Nawet pozornie bezpieczna okolica może kiedyś stać się niebezpieczna. Czy chcemy narażać swojego przyjaciela, ukochanego pupila na te wszystkie okropności po to tylko, by mógł sobie upolować wróbelka i pobiegać po trawniku sąsiadów?


Nadal powszechne jest przekonanie, że kot to zwierzę, które musi "zażywać wolności" i mieć bliski kontakt z naturą, a zamknięte w domu jest nieszczęśliwe. Nic bardziej mylnego! Kot, który od urodzenia żyje w domu nie tęskni za innym życiem. Kocięta znające świat zewnętrzny bardzo szybko przyzwyczajają się do nowych warunków, a i większość dorosłych kotów (kiedyś wychodzących lub bezdomnych) prędzej czy później przestaje domagać się wyjścia, choć oczywiście zdarzają się osobniki absolutnie nieakceptujące zamknięcia. Nie myśli o zamknięciu w domu jak o więzieniu, nie szuka okazji na ucieczkę. W warunkach domowych można zaspokoić potrzeby kota bez narażania go na śmierć w męczarniach.

Mieszkanie traktuje jak swoje terytorium, a właściciele są dla niego najważniejsi. Gdy dostosujemy dom do potrzeb kota, poświęcimy zwierzakowi odpowiednią ilość czułości i zabawy, a do tego sprawimy mu drugiego kociego towarzysza, to kot ma już wszystko, czego mu potrzeba do szczęścia. 

Bodźce zewnętrzne są bardzo ważne dla zdrowia psychicznego kota, dlatego należy mu je zapewnić. Zamiast igrać z życiem pupila, wypuszczając go samopas, wyprowadzajmy go na szelkach - wtedy będzie idealnie. Zwierzak zyska kontakt z naturą i mnóstwem nowych fascynujących bodźców, słowem - zazna tego wszystkiego, co ma na co dzień kot wychodzący,  z jednoczesnym zachowaniem bezpieczeństwa.
Wyprowadzanie na smyczy nie jest jednak konieczne. Otwarte osiatkowane okno i/lub podobnie zabezpieczony balkon również dostarczą kotu wrażeń wzrokowych i zapachowych.


Dzięki przebywaniu w domu nasz kot będzie zdrowszy, bezpieczniejszy i dużo bardziej z nami zżyty, a my zyskamy wspaniałego przyjaciela na lata. Życie z kotem typowo domowym i relacje z nim są zupełnie inne i bogatsze niż z kotem, który większość czasu spędza nie wiadomo gdzie i tylko czasami przychodzi na jedzenie.