środa, 9 kwietnia 2014

Błędne koło uśmiercania kociąt

W mojej okolicy były do niedawna trzy kotki. Każda z nich rodziła jakieś trzy razy do roku, co daje rocznie około czterdziestu kociąt. Kociaki prawdopodobnie były zabijane zaraz po narodzeniu, jednak kilkakrotnie widziałam podrośnięte brykające maluchy, które potem nagle znikały, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co się z nimi działo.

Najstarsza  kotka miała już kilkanaście miotów i chyba nadal rodzi. Najmłodszą uważałam za kocurka, póki nie zobaczyłam jej z niewyobrażalnie wielkim brzuchem. Nagle zniknęła, może nie przeżyła porodu. Nie miała nawet dwóch lat. 

Średnia kotka to Kizia, matka mojego Felasia. Powiła około trzydziestu kociąt, z czego przeżyły... trzy, może cztery. Kizia znalazła sposób na ratowanie swoich dzieci - dwa razy urodziła maluchy poza swoim domem i wychowała je na dzikuski, razem z nimi cierpiąc niedostatek. Był to jedyny sposób na utrzymanie ich przy życiu. Następnie przyprowadziła mi maluchy, licząc na moją pomoc. Dwaj bracia z pierwszego dzikiego miotu przeżyli i przynajmniej jeden z nich ma się nieźle. Ich prześliczna szylkretowa siostrzyczka przepadła. Trzymam się wersji, że ktoś zachwycił się jej urodą i przygarnął.

Gdy już Kizia przekazała mi swojego najsłabowitszego synka, zdecydowała się zaprowadzić dwa pozostałe maluchy do swoich właścicieli. Po kilku tygodniach zniknęła razem z maluchami, widocznie miarka się przebrała i ci ludzie pozbyli się problemu.



Do czego zmierzam? Do uśmiercania kociąt, oczywiście.

Ten proceder jest bardzo popularny - takie najprostsze rozwiązanie małego kociego problemu. Nie wiem, jaki sposób jest najczęściej stosowany, nigdy nie miałam z tym bezpośredniej styczności.  Grunt, że setki kociąt umierają.

Najbardziej humanitarnie byłoby zanieść ślepy miot do uśpienia weterynarzowi, ale to już wymaga więcej zachodu i nie jest darmowe. Niektóre gminy opłacają eutanazję psich i kocich noworodków. Jeśli i tak mają być zabite, warto zapytać o możliwość sfinansowania tej czynności.

Jak widać moje kocie sąsiadki regularnie traciły młode w nienaturalny sposób, a Kizia jest przykładem na to, że kocica doskonale wie, że coś jest nie tak. Kotka ma silny instynkt macierzyński i chce bronić swoich młodych, ale w tej sytuacji jest bezradna.

Takie ciągłe ciąże nie mogą mieć korzystnego wpływu na zdrowie kotki, bardzo obciążają jej organizm. W profesjonalnych hodowlach kocice nie rodzą trzy raz do roku, tylko mają dłuższą przerwę, by móc się zregenerować (wg. regulaminów nie mogą rodzić częściej niż trzy razy na dwa lata). Bez tej przerwy kotka marnieje, a i kocięta nie są tak silne i zdrowe jak powinny. Do tego z czasem wzrasta ryzyko ropomacicza, nowotworów i powikłań w czasie ciąży. Stare kotki umierają przy kilkunastym porodzie.

Gdyby ludzie nie zabijali kociąt, niechcianych kotów byłoby jeszcze więcej... więc lepiej jest je uśmiercić w humanitarny sposób niż pozwolić im się dalej mnożyć, gdyż będą cierpiały dłużej i w większej liczbie. Ale to marne usprawiedliwienie, bo te maluszki rodzą się, by umrzeć, a ich matki męczą się bez sensu.

I po to właśnie jest kastracja. Prosty zabieg, a dzięki niemu zmniejsza się bezsensowne cierpienie i umieranie.

Jeśli finanse nie pozwalają, warto zgłosić się do urzędu miasta/gminy, porozmawiać z weterynarzem, nawet skontaktować się z kocią fundacją. Chcieć to móc, zabieg prosty, a tak ważny.

6 komentarzy:

  1. Bardzo mądry i przydatny (jak zawsze) post. Mam nadzieję, że kogoś to przekona do działania, zmotywuje. Może tez kogoś nawróci, z innego podejścia do tej sprawy.
    Biedne te kociaki były, zabijane... tego nie doświadczyłam. Tylko bezmyślne rozmnażanie, jak u Ciebie co chwile rodzenie. Często teraz jest to spotykane, a najczęściej u tych niedoświadczonych, ale tutaj o totalna bezmyślność. Kastracja to takie trudne? Trzeba o to walczyć... chyba, że ktoś nie myśli, dorosłą osobę to trudno by było przekonać, że robi źle, jak tak można?

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham twojego bloga. Tyle ciekawych rzeczy... I wszystko jest prawdą. Mam nadzieję, że twój blog przeczyta jeszcze dużo osób, wtedy może coś się zmieni w kraju, w którym żyjemy.
    Bardzo mądrze piszesz, oby tak dalej! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż mi się łezka w oku zakręciła... Bardzo mądry i wzruszający post. Niestety to co piszesz, to cała prawda. Ludzie muszą w końcu otworzyć oczy. Sama mam kocura, wykastrowany został od razu kiedy można było to zrobić (bo nowonarodzonych maluszków nie można od razu wykastrować). Warto wspomnieć, że oprócz kastracji kocurów, ważna jest także sterylizacja kotek. Niestety zabieg ten jest dosyć drogi i nie każdego na to stać, dlatego powinien być całkowicie refundowany przez gminę/państwo. Schroniska są przepełnione, (sama doskonale o tym wiem, bo jestem wolontariuszką w jednym z nich) więc powinniśmy zapobiegać rozmnażaniu się naszych psów/kotów jeśli nie jesteśmy w stanie utrzymać także jego potomstwa (lub oddać go w dobre ręce).

    Poruszyłaś bardzo ważny temat i skłoniłaś mnie, do napisania jakiegoś postu o podobnym temacie na swoim blogu. W takim razie zapraszam do mnie - www.zwyklaosoba.blogspot.com niedługo okaże się jakaś notka o naszych czworonożnych przyjaciołach.
    Twojego bloga dodaje do obserwowanych.

    Serdecznie pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za odpowiedź :)
    Już wyłączyłam weryfikację, dziękuję za radę... jestem nowa i nie bardzo jeszcze ogarniam co i jak :)

    Espresso jest najmocniejszą kawą. Najlepiej zacząć od latte lub cappuccino :) No ale oczywiście nie będę Cię przekonywać do niczego - każdy lubi co innego :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ahh… Dziękuję, że mi to wszystko uświadomiłaś <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo smutna, wzruszająca historia.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.