sobota, 23 sierpnia 2014

Robimy mieszankę

Obiecałam posta o robieniu mieszanki, więc dotrzymuję obietnicy. Wszystkich wrażliwców i wegetarian proszę o opuszczenie tej strony:) Zawalę Was zdjęciami mięsa... poniżej relacje z pola bitwy.

Nie jestem zaawansowanym barferem i się za takiego nie uważam, a post jest formą ciekawostki, a nie żadnym fotoinstruktażem.

Po uzyskaniu przepisu (skomponowanego przez dobrą duszę) wybrałam się na polowanie. O dziwo wszystko znalazłam w zaledwie dwóch mięsnych, zazwyczaj odwiedzam co najmniej trzy.


Następnie trzeba zabrać się za przygotowywanie mięsa. Na pierwszy ogień poszły indycze podudzia:


Piętnaście minut później sytuacja wyglądała następująco:


Burki wspólnie rozprawiały się z kością, Fisiu gryzł gnata, Heś memłała ścięgna. Jakby co, to jej nie zeżarły, spokojnie;)


Z kurzymi nogami uporałam się mniej-więcej po kolejnym kwadransie.


Potem oczyściłam żołądki z resztek treści pokarmowej (chociaż chyba nie było to konieczne) i je pokroiłam.


Później przyszedł czas na krojenie serduszek, czego efekty widać poniżej:


Została już tylko wołowina:



Od wyjęcia indyka z lodówki do pokrojenia ścięgnistej wołowiny minęła 1godz 48minut,  ale robiłam sobie przerwy. Przygotowanie mięsa zajęło więc 1,5 godziny albo i mniej. 

A co w tym czasie robiły kociska?

Po obgryzieniu kości zaczęły przeszkadzać, więc wyrzuciłam je z kuchni. Mała poszła spać, duży otworzył sobie drzwi i przez większość czasu grzecznie obserwował moje poczynania.



Przejdźmy do kolejny czynności, czyli mielenia. Moja maszynka zmieliła serca i część żołądków, a potem padła... musiałam zanieść mięso do babci, gdzie mielenie zajęło krótką chwilkę.


Po zmieleniu części mięsa (zostawiłam trochę za mało całych kawałków, no trudno) przyszła pora na wypróbowanie nowych suplementów. Ze ściśniętym gardłem zabrałam się za odważanie.


Na początek to, co już znam, czyli jajka i tauryna. Później witamina E w kapsułkach, które trzeba przebić i wycisnąć zawartość.



Potem sól... coś mi nie wyszło, potrzebuję dokładniejszej wagi. Dodałam jej dwa razy więcej niż powinnam, czego nie mogę sobie wybaczyć.

Przyszła kolej na mączkę ze skorupek jaj, bardzo... mączastą. Źle się ją odsypuje.


Suszonej hemoglobiny wyszło dużo, zastanawiam się, czy znów nie przesadziłam, ale tak właściwie, to jest bardzo leciutka.

Algi:


Tak to wygląda po rozmieszaniu, widoczne dopiero co dodane drożdże:


Na koniec oleje rybne. Tran jest żółty, olej z łososia pomarańczowy. Na zdjęciu łosoś.


Heś sprawdza, co jest w misce:


Mieszanka nie wygląda zbyt apetycznie, ale Fiśkowi to nie przeszkadza.


Kontrola jakości. Najbardziej się bałam, że koty uznają suplementy za niejadalne i odwrócą się do mieszanki ogonami. Nie doceniłam moich żarłoków, wcale nie marudziły.


Zabawa z suplami trwała niecałą godzinę. Na koniec dodałam wątróbkę, wcześniej jakoś umknęła mi z pamięci.


No to jeszcze pakowanie... jak widać, kolekcjonuję pudełka po lodach. W czymś mrozić trzeba, a i tak jednego zabrakło. Wkładanie mieszanek do pudełek zajęło 15-20 minut.


Pozostało jeszcze zmywanie, Hesia pomagała:


To by było na tyle. Czas, jaki poświęciłam mieszance to jakieś 2,5 - 3,5 godziny, jeśli liczyć zmywanie i chodzenie po sklepach (myślę, że nabiorę wprawy i będzie szło szybciej, to pierwsza mieszanka na taką skalę). Starczy mi jej na kilka dni. Dość czasochłonne zajęcie, ale warto. A do tego dość tanie, zapłaciłam za wszystko tylko 27zł.

Jeśli macie mnie za wariatkę, to pomyślcie sobie, że są osoby, który jednorazowo przygotowują po 20kg mieszanki dla większej liczby kotów, co daje cały weekend babrania się w górach mięsa...
Czego się nie robi dla zwierzaków? :)

8 komentarzy:

  1. Ale z tym roboty! O.O Cholera jasna... Mam bekę z suszonej hemoglobiny, która wygląda jak kakao :D Ta mieszanka bardzo wygląda nieapetycznie, ale dobrze, że kociakom smakuje :3 Moja Forcia ciągle miewa fochy, i nie chce jeść mięsa :/ Trzeba jej wbić do głowy, że jest mięsożercą! C:

    OdpowiedzUsuń
  2. Lekko mnie to mięso obrzydziło, jednak to nie zmienia faktu, że i tak bym chciała się tego spróbować, dałabym jakoś radę. Dla kota wszystko :) Jest przy tym trochę pracy, ale się opłaca.
    Oj nie wiem nie wiem, czy moja wybrednisia zjadłaby taką papkę. Dobrze, że Twoje żarłoki nie myślą o wybrzydzaniu :) Miło mi się patrzy na zdjęcie kotów z kością ^^
    Jakoś sobie z tym poradziłaś, następnym razem będzie już lepiej, dojdziesz do wprawy. Sporo tych pudełek, pół zamrażarki w kocim żarciu <3 No fajnie to wygląda.
    Bardzo mi się spodobał ten post, lubię o tym czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Większość osób to mięso obrzydziło, a mnie... nie. Ja chyba bym mogła się babrać tak w mięsie. :p Jeśli chcesz możesz mi to wysłać i pocztą i ja będę się babrać w tym. xD Mi to nie będzie zbytnio przeszkadzać. :D Zdjęcie, na którym Fiś z Heśką jedzą kość wygląda jak polowanie. :3 Zgadzam się z tym, że suszona hemoglobina wygląda jak kakao. xd Szczerze powiedziawszy efekt końcowy mieszanki nie jest piękny, ale ważne, że kociastym smakuje. ;D /Alu

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja może nie do końca wegan, ale po prostu brzydzę się mięsa, więc niestety wybacz, ale nie czytam tego.. :P

    OdpowiedzUsuń
  5. I tak właśnie powinno wyglądać jedzenie dla kota, 100% mięsa, samo zdrowie. Może kiedyś i jak spróbuję tak zrobić. Zajęcie może i czasochłonne ale myślę że warto, najważniejsze że kotom smakowało :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No, no takie jedzonka dla kociaków super! W 100% jedzonko będzie z 100% mięsa :D
    Fajny post!
    Pozdrawiam :)
    http://codziennebeagle.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas to wygląda podobnie,z tym że dla psa jest tego o wiele więcej no i nie trzeba kroić :D.
    Ile wychodzi miesięcznie kosztów za jednego kociaka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedrogo, 45zł na głowę :D Jeszcze zależy, ile koteł waży, moje mają porcje na 4kg, więc niezbyt wielkie:)

      Usuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.