sobota, 9 maja 2015

Kwestie bezpieczeństwa w praktyce

Od kiedy w domu jest Felaś, nad kocim bezpieczeństwem myślałam wielokrotnie. Boję się, stale się boję o swoje ukochane buraski. Co chwilę sprawdzam gdzie są, a przed każdym zostawieniem ich samych kilkanaście razy upewniam się, czy okna są zamknięte, nic niebezpiecznego nie zostało w ich zasięgu i ogólnie, czy dom jest w stanie "zgodnym z BHP kota".


Na dowód, że moje zmartwienia nie biorą się znikąd - Fiś mógł mieć problemy już kilkanaście razy. Tylko dzięki mojemu przewrażliwieniu i szczęściu nic się nie stało, dlatego nie uważam, bym przesadzała z nadopiekuńczością.
Na kota w domu czyha wiele realnych zagrożeń, a głównym zagrożeniem kota niewychodzącego jest możliwość wydostania się na zewnątrz, gdzie taki wypieszczony kanapowiec sobie nie poradzi.
Ja kotów starannie pilnuję, ale pozostali domownicy niekoniecznie. Skoro nie ufam sobie, to im tym bardziej nie jestem w stanie. Zwłaszcza, że przyczynili się do większości powstałych niebezpieczeństw, a ja się potem zadręczałam, bo przecież mogłam bardziej uważać i to przewidzieć (nawet, jeśli nie mogłam).


Sytuacja pierwsza, Fiś jest z nami dopiero od kilku dni, bawi się w pokoju. W którymś momencie przez szybę widzę go tuptającego po balkonie. Tata go tam przypadkiem zamknął, nie zauważył maluszka. Gdybym nie spojrzała w tamtym kierunku, gdy Fiś akurat przechodził obok drzwi... placek z kota pod balkonem? Nie jest wysoko, okoliczne koty same stamtąd zeskakują, ale on wtedy ledwo chodził...

Sytuacja druga, mama wraca do domu, kilkumiesięczny Fiś siedzi pod drzwiami wejściowymi, prześlizguje się i momentalnie śmiga w dół po schodach. Jest już prawie na trawniku, kiedy podbiega do niego pies sąsiadów. Fiś od razu zawraca. Dziękuję piesku, że wtedy tam byłeś. Od tamtej pory kiedy wiem, że ktoś ma przyjść, przedpokój jest zamknięty. Nie może być cały czas, bo stoi tam kuweta, a poza tym tylko ja go zamykam, bo po co, przecież koty już dawno straciły zainteresowanie wychodzeniem...

Sytuacja trzecia, jesienny wieczór, niedawno wymieniono drzwi. W nogach czuję chłód i przeciąg, co nie jest u nas niczym nadzwyczajnym. Powinnam więc to zignorować, ale przeczucie ciągnie mnie do przedpokoju (z tym, że takie same przeczucia miewam codziennie, bo sobie akurat coś ubzduram, zawsze fałszywe alarmy, których jednak nie potrafię nie sprawdzić). Drzwi wejściowe otwarte, kot na zewnątrz obwąchuje schody. Było już ciemno, gdyby zszedł na dół albo zorientowałabym się za pół godziny... słabo mi, zostawmy to. Od tej pory ciągle każdemu mówię, żeby "sprawdzał drzwi", ale i tak osobiście idę je popchnąć. Co, jeśli znów ktoś źle je zamknie?


Numery cztery i pięć - mama wychodzi zająć się kwiatkami na balkonie. Wiatr otwiera drzwi balkonowe. W sytuacji piątej Felaś zdążył tylko wyjść za próg, ale w czwartej dotarł już do połowy balkonu, tej "złej" połowy - znajduje się tam trasa, którą obce koty wchodzą na balkon. Felina zawsze tam ciągnie i z ciekawości mógłby tamtędy wyjść, a z dachu to nijak kota ściągnąć. W obu przypadkach mama była odwrócona plecami, a mnie nie było w pokoju, przyszłam tylko zerknąć na Fisia.

Czy to mało? To wszystko zdarzyło się w ciągu pierwszego roku, teraz nie miewamy takich akcji. Ale co, jeśli ktoś coś przeoczy, jeśli intuicja mnie zawiedzie i przestaniemy mieć szczęście? Albo nie będzie mnie w domu? Balkon w okresie wiosenno-letnim jest otwierany kilka(naście) razy dziennie. Ogromnie ubolewam, że nie mogę go osiatkować, to wyeliminowałoby wiele zagrożeń i dało mi trochę wytchnienia. Niby chcieć to móc, ale sprawa jest skomplikowana. Już samo to, że balkon ma jakieś 10m (!) długości i niemal całkowity brak obudowania sprawia, że potrzebowałabym mnóstwa siatki za zapewne ogromną kwotę, a to najmniej istotna przeszkoda (kto by to zrobił i kto by mi na to pozwolił...). 

Zastanawiałam się, czy by nie zamykać kotów w moim pokoju, kiedy jestem poza domem (układ pomieszczań nie pozwala na odcięcie im dostępu do balkonu w inny sposób), ale nie za bardzo mnie ten pomysł przekonuje. Miałyby siedzieć same na maleńkiej przestrzeni przez 7 godzin kilka razy w tygodniu, kiedy za ścianą są ludzie? Felaś czasem potrzebuje miziania, ostatecznie koty nie mają tendencji do uciekania z domu, a czujność rodziców jest nieco większa, gdy są z kotami sami. Zaczęłam też obawiać się, że wietrzenie na balkonie na tyle im się spodoba, że zaczną wystawać pod drzwiami i próbować się wymknąć, dlatego ograniczamy to do minimum. Nie wiem, nie wiem, chcę do bloku.


Skoro już jesteśmy przy temacie bezpieczeństwa, to od razu napiszę o innych sytuacjach. Tym razem nie drzwi, tylko ta okropna skłonność, którą ma wiele kotów - zjadanie wszystkiego, co się nawinie pod łapki.

W wieku ośmiu miesięcy Felin dosłownie pożarł zabawkę wędkę - dwa duże kolorowe pióra i kawałek sznurka. Położyłam ją gdzieś na widoku i zupełnie o niej zapomniałam... od tej pory już żadne zabawki poza większymi piłkami i pluszakami nie zostają same z kotami. 
Byłam przerażona tym, że kotu coś się stanie, a cztery dni później zaczęła się panleukopenia, więc właściwie do tej pory nie mam pewności, czy to na pewno był tyfus (łagodny i niekoniecznie typowy przebieg, no i przeżył, co też nieczęste), czy ta cholerna zabawka. Niby wszystko wskazuje na PP, ale jeśli jednak to z mojej winy musieliśmy przechodzić ten koszmar...

Jakieś trzy miesiące temu mieliśmy dwie akcje w ciągu kilku minut. Zawsze pilnuję, by nic drobnego w zasięgu kotów nie zostało, ale przecież mama... najpierw zabrałam Fisiowi wielką gumkę recepturkę, a po zaledwie kilku minutach wyciągnęłam mu z gardła jakieś 40cm nitki. To znowu były impulsy - kiedy tylko zobaczę, że Fiś coś żuje, od razu otwieram mu paszczę. On tak często próbuje coś pogryźć, odgryźć, połknąć. Gdyby zjadł zarówno gumkę jak i tę długachną nitkę (właściwie przypadkiem ją w gardle wyczułam, była już połknięta), to naprawdę nie chcę wiedzieć, co by było dalej.


Hesi w tym poście nie ma, bo ona na nic się nie naraża. Zaradna kotusia, która poza tym jednym prawie wpadnięciem za meble nie miała żadnych kłopotów. Pewnie jest wiele takich "bezpiecznych" kotów, chociażby jakieś stateczne leniuchy, ale z pewnością nie brakuje również nieszczęsnych Felasiów.
Męczy mnie takie życie w ciągłym stresie, sprawdzanie kotów co pięć minut, może rzeczywiście odrobinę przeginam. Jednak to ważne i potrzebne, a powyższe zdarzenia tylko mnie w tym utwierdzają. Nie bagatelizujmy zagrożeń, dla dobra kotów. Zawsze może się coś zdarzyć, a potem będzie płacz i wyrzuty sumienia. I rzecz jasna nie chodzi tylko o drzwi i balkony, ale także uchylne okna, rozgrzany tłuszcz i wiele, wiele innych.

12 komentarzy:

  1. "Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy." Może i dobrze, że doświadczyłaś takich akcji, bo w tej chwili potrafiłabyś szybko zainterweniować. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że Cię podziwiam. Tym razem za "tą" odpowiedzialność, której mi niestety brakuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale się cieszę, że ja nie mam takich problemów. Mój kot zjada tylko mięso i swoją karmę. Żadne sznureczki, gumki - nawet na nie nie spojrzy. Jednak jeżeli chodzi o uciekanie z domu to już inna sprawa.
    Również jestem pełna podziwu dla Twojej czujności, bo ja chyba bym nie dała rady tak skakać nad dwójką kotów.
    No cóż, życzę Ci żeby Fisie były grzeczne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fiś bierze do pyszczka wszystko - suwaki, guziki, (ciągle sprawdzam, czy poduszka nie leży odwrócona guzikami, bo przecież zaraz Fiś pourywa i może łyknie), kable, zabawki (myszka nie jest do zabawy - myszkę się zjada! co z tego, że sztuczna), paski i klamerki, ostatnio długopisy. Raz go zastałam nad szpulką nici, bo ktoś oczywiście zapomniał schować, więc też było wyciąganie z gardła - pewnie całą by wciągnął jak spaghetti... śmieciojada mam ;-;

      Usuń
  3. Mój nawet szynki (!) nie zje, więc co ja tu porównuje.
    Jejku, to musisz go cały czas pilnować ;-; Współczuje Ci. Fisiu ma ode mnie naganę xd :/

    OdpowiedzUsuń
  4. Kamień spadł mi z serca gdy właśnie odkryłam, że nie tylko ja cierpię na ten rodzaj kociej psychozy. Też sprawdzam wszystko w domu przed wyjściem, chowam noże, nożyczki z blatów, kubki, szklanki. Na gorącej kuchence stawiam garnki z zimną wodą, bo Marcel już raz przyrumienił sobie futro na ogonie ( na szczęście tylko futro ). Sprawdzam okna uchylne, klapy w toalecie, żelazko, drobiazgi pozostawione na stole (choć żaden kot nigdy nic nie zjadł), nici, wsuwki do włosów... Czasami nawet w nocy potrafię wstać z łóżka i schodzić na parter aby upewnić się, że potwory śpią bezpieczne.
    Na szczęście problem uciekania z domu mnie nie dotyczy, bo mieszkam w lesie i nawet jak kot wyskoczy przez drzwi, to mam ogrodzoną działkę wysokim płotem. Choć zdarzało się już kilka razy poszukiwanie kota, ostatnio Orion zeskoczył po złej stronie drzewa i wylądował u sąsiada na trawniku a nie u mnie. Na szczęście wszyscy na ulicy są już wyczuleni i wiedzą że moje potwory nie wychodzą z domu i jakby któryś uciekł to zaraz zostanie mi dostarczony z powrotem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja mam bardzo podobnie, zawsze muszę wiedzieć, gdzie znajduje się kot... często jest to przesada, a przynajmniej według innych domowników. U mnie gorzej, bo często muszę przeszukiwać również ogród. Gdyby Sonia była niewychodząca miałabym tak samo, nikt by nie był tak uważny jak ja. Kuweta również stoi w przedpokoju, co chwila ktoś wychodzi. Jak tu samemu upilnować kota?
    Cieszę się, że Sonia teraz trzyma się domu i wraca na noc. Nie raz już nie spałam do rana wymyślając co się mogło stać, że nie przychodzi.
    Głównie tu działa moje przewrażliwienie, bo Sonia po części wyrosła już z wpadania w tarapaty. Z Fisiem to nie masz łatwo... co by on zrobiłam z przeciętnym właścicielem? Przynajmniej Hesia nie sprawia tak dużego problemu.
    +Śliczne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oho, jak Ty nad nimi skaczesz! ;o ale masz rację, ostrożności nigdy za wiele. Cieszę się, że nie mam takiego problemu, u mnie wystarczyła siatka na dole balkonu i tyle :) No ale w końcu to pies, nie kot.
    Odkąd masz ten new aparat, robisz śliczne fotki!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. u mnie Huan tak samo, mistrz wymyslania niebezpiecznych głupot. zawsze sprawdzam gdzie jest, jak mieszkałam z nim w domu rodzinnym, to był zamykany w pokoju na czas mojej nieobecnosci... bo przy wiekszej powieszchni i wiekszej liczbie lokatorow nigdy nie da sie wszystkiego przewidziec :/

    pomimo wszystko raz jak mnie nie było zdołał sie udac w podroz zycia (prawdopodobnie przemknal piwnica od tylu) - został odnaleziony 0,5 km od domu, idąc zupełnie przerażony i zdezorientowany wzdłuż drogi!


    Humora

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj trzeba uważać na wszystko i mieć oczy dookoła głowy. Okna, gniazdka, kabelki, koraliki od rolet, drzwi...

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawda, że przy kocie trzeba mieć oczy dookoła głowy (a przy 2 tym bardziej!) Też ciągle sprawdzam gdzie jest Andrzej i co robi.
    A może na balkon jakąś siatkę na drzwi, nawet typu moskitiera, taka która sama się zatrzaskuje za człowiekiem? Kiedyś taką miałam u rodziców, balkon był otworzony a Andrzej sobie siedział przed. Oczywiście trzeba też pilnować, bo to tylko cienka siatka, ale zawsze odrobinę trudniej kotu wyjść :)

    OdpowiedzUsuń
  10. No trzeba uważać, ja co prawda nie mam kota, ale nie raz przez moją nieuwagę Molly zjadła coś po czym wymiotowała itd.

    Bardzo Was przepraszam, że dość długo u Was nie byłam, ale miałam dwie wycieczki w ostatnim czasie i naprawdę nie miałam czasu, aby usiąść przed komputer, ale już wracamy! :)
    Pozdrawiamy serdecznie!
    W&M
    http://codziennebeagle.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Mój Grey gdy został przygarnięty z ulicy, na początku również był kotem jedynie domowym. Teraz już wychodzi na dwór sam i jest zafascynowany. Oczywiście stale muszę monitorować gdzie jest, co robi ponieważ w jego małej główce roi się od głupich pomysłów. Już dwa razy spadł ze schodów, raz z szafy..

    OdpowiedzUsuń

Komentarze są wielką motywacją i potwierdzeniem tego, że nas czytacie, dlatego bardzo dziękuję za każde naskrobane słowo :)

Komentarz uznany za reklamę zostanie usunięty.