sobota, 25 lipca 2015

Nieduże kocie zakupy. UWAGA, ANKIETA DLA CZYTELNIKÓW!

Znów zrobiłam zakupy internetowe dla kociastych. Ostatnie były pod sam koniec maja, więc tak właściwie, to już trochę czasu minęło (rozgrzeszam swą rozrzutność).


Przysmaki Happet, dwa rodzaje - dawno nie było recenzji, więc spodziewajcie się posta z serii "Przetestowane" na temat tych smaczków. Kociastym bardzo się spodobały.

Piłka piankowa - piłek nigdy dość :). Ładnie się odbija i jest miękka, ale jednak według Fiśków nie dorównuje tym do ping ponga. A ja się naczytałam historii o kotach jedzących takie piłeczki i podejrzliwie patrząc na Felasia (który ostatnio znowu pogryzł tacie sandały), trzymam ją pod nadzorem i wyjmuję tylko czasami.

Feline Porta - 0,5kg suchej na zapas, od czasu do czasu się przydaje, a ostatniego Purizona sporo zużyliśmy, służył za przysmaki.


Obroża Zolux Envy Hula - to już taki mój kaprys, miałam wielką ochotę na obróżkę. Do tej pory mieliśmy jedną, byle jaką zakupioną w Tesco, leżała i się kurzyła. Ostatnio kilka razy założyłam ją Hesi, której przestało przeszkadzać to dziwne cuś na szyi. Tak mi się spodobał kotek w obróżce, że nabrałam ochoty częściej podziwiać takie widoki :). Hawajskie kwiatki fosforyzują w ciemności, a jak obroża prezentuje się na kotach - poniżej.








I jeszcze coś, coś nowego, innego, ode mnie dla Was i dla Was ode mnie. Ankieta. Taka większa, anonimowa, dotycząca bloga. Proszę o wypełnienie, to zajmie tylko kilka minut, a może okazać się dla mnie bardzo cenne i pouczające. Wyniki omówię pokrótce w kolejnym poście, o ile będzie co omawiać ;). Jeszcze raz proszę, bardzo ciekawią mnie odpowiedzi.

sobota, 18 lipca 2015

Wyruszamy w świat daleki! Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia...

Wyjazd, podróż z kotem... spacer z kotem na smyczy... - wokół tego krążyły ostatnio moje myśli. Nie mam w pobliżu odpowiedniego miejsca do wyprowadzania kociastych (podwórko odpada z wielu powodów, a ten główny nazywa się pies sąsiadki), ale została jeszcze działka mojej babci.


"Zabranie kota na działkę" źle mi się kojarzy, przez te wszystkie osoby, które wypłakują się w internecie, że wypuściły w takim miejscu domowego kota, żeby sobie bezpiecznie pobiegał... a ten kot nie wrócił albo potem domagał się wychodzenia. Oczywiście nie o coś takiego mi chodzi, takie podejście typu "w mieście mój kot jest niewychodzący, ale jedziemy na wieś, to tam może sobie zaznać swobody", jest głupie i ryzykowne. Wcale nie musi być tak bezpiecznie, a domowy pieszczoch nie zna niebezpieczeństw i może sobie nie poradzić na obcym terenie, albo po kilkudniowym szaleństwie zacząć marudzić, ponownie zamknięty w czterech ścianach, a człowiek ustąpi i zacznie wypuszczać. I tym sposobem długotrwałe chronienie kota przed zagrożeniami kończy się w bezsensowny sposób, którego można było uniknąć.
Co innego taki wypad na szelkach, który postanowiłam wcielić w życie. Koniec rozwlekłej dygresji.

"Szelki? Ktoś coś mówił o szelkach?"
Nawet nie brałam pod uwagę zabierania Fisia w teren, on się do tego nie nadaje, jest zbyt wrażliwy i boi się dosłownie wszystkiego. Wolałam nie ryzykować, że wycieczka przyniesie więcej stresu niż to warte. Pojechała ze mną Hesia, jako bardziej stabilna psychicznie i odważniejsza.

Stresu miałam co niemiara, to dla nas zupełnie nowa sytuacja. Wszystko musiałam dokładnie przemyśleć i zaplanować, oczami wyobraźni widziałam, jak Heś wyplątuje się z szelek i ucieka w nieznane... brr, na szczęście nic takiego nie miało miejsca.


Mimo, że to tylko jeden krótki wyjazd, zaopatrzyliśmy się w krople przeciw pchłom i kleszczom. Nienawidzę podawać kotom chemii, ale jakoś to przeżyjemy. Wzięłam Fypryst, tylko to mieli w nędznie zaopatrzonym zoologicznym. Przy okazji krople dla psa sąsiadki, niezawodny jak dotąd Sabunol. Znowu nie było wersji dla psów powyżej 10kg... ale jakoś to wystarcza, tony pcheł magicznie znikają i nic mi się do domu poprzez psa leżącego pod drzwiami nie dostaje.


Zabrałam również transporter, w razie, jakby cała wycieczka okazała się dla Dzidzi zbyt stresująca. Zawsze to lepiej zamknąć kota, niż żeby się rzucał i wyrywał na smyczy. Droga krótka, bo tylko 6km (dla domowej kotki to świat iście daleki:), najpierw myślałam nad tym, żeby kot podróżował w samochodzie w szelkach przypiętych jak pasy (w końcu nasze szelki są "samochodowe"), ale w kontenerku czuła się dobrze i nie chciałam jej na siłę wyciągać. Hesia była zdezorientowana, nigdy tak daleko nie jechała.


I tu zaczyna się przygoda! (I tona zdjęć burasa w krzaczkach). Po chwili wahania, Heś ładnie wyszła z transportera i zaczęła badać otoczenie. Była niepewna, ale bardzo ciekawa świata i chyba jej się podobało truchtanie po trawie i wąchanie listków.



Nasza "działka" to nie żaden ogródek działkowy, tylko po prostu domek na wsi z dość dużym podwórkiem.  Słychać było krowę i generalnie byłoby całkiem sympatycznie, gdyby nie to, że przez wieś przechodzi trasa pełna ciężarówek. Z tyłu domku na szczęście jest dość zacisznie i dalej ciągną się pola i las.

Heś pewnie z chęcią pobuszowałaby w zbożu :)

Przed podróżą sprawdziłam, czy szelki trzymają się kupy i są dobrze dopasowane. Maksymalnie zmniejszone, nadal zostawiają trochę za dużo luzu. To jednak model na większe koty, dobrze, że Hesia trochę urosła.
Wreszcie przydała się długa smycz, Dzidzia mogła się nieco oddalić czy pobiegać. Na metrowej nie byłoby nam zbyt wygodnie.

"Tam! Chcę tam! Idziemy tam, rozumiesz?"


Podsadziłam Hesię na ścięte drzewko, żeby sobie na pniu posiedziała i ładnie na zdjęciu wyszła. Nie zauważyłam, że to drzewko wcale takie ścięte nie jest i wyższe, niż mi się wydawało. Heś niczym małpa od razu zaczęła się na nie wspinać za pomocą swoich niby to przyciętych pazurków. Słabo mi na myśl o tym, że mogła wejść na samą górę i nie chcieć zejść.... zaczęłam się z nią szarpać i jakoś ją stamtąd ściągnęłam, nim weszła za wysoko. Małpiszon.



Kopanie w piachu też trzeba było zaliczyć. Hesia wykopała dwa dołki, poleżała sobie w nich trochę, a do jednego się załatwiła :).



Nawet nieustraszona Hesia kilka razy się czegoś wystraszyła (krzaka....), więc co by było, gdyby na działkę trafił "zawałowiec" Felin? Domowy kot jednak najlepiej czuje się w domu, trzeba by czasu, żeby się przyzwyczaił do spacerów na otwartej przestrzeni.



Drapu - drap w drzewo to punkt obowiązkowy. I miły dla oczu.



Mam jeszcze mnóstwo zdjęć i nie potrafię wybrać, z których zrezygnować, chcę je wszystkie umieścić w tym, w pewnym sensie, internetowym pamiętniku. Jest też jeszcze dużo do napisania, dlatego będziemy kontynuować relację z wypadu na działkę w innym poście :).



Na koniec krótki filmik. Bardzo krótki, 6 sekund. Nagrywałam więcej, ale filmy się nie zapisały, kamera w aparacie nie chciała współpracować. Spacer z Hesią to nie stanie w miejscu, cały czas mnie dokądś ciągnęła, najlepiej w krzaki ;).

video

sobota, 11 lipca 2015

"Dziwne" legowiska kociastych - dużo zdjęć

Specyficzne kocie upodobanie do wylegiwania się w miejscach z pozoru niewygodnych (z ludzkiego punktu widzenia) jest powszechnie znane. O foliach, reklamówkach i kartonach pisać nie trzeba - to kocha chyba każdy kot. Moje burasy znalazły sobie także wiele innych legowisk, nie liczę czegoś tak oczywistego jak fotel czy łóżko. Ulubione miejscówki kociastych poniżej ;). Koty są takie zabawne i urocze.

Drukarka
To jest nr 1 w rankingu Felina. Nie wiem co on w niej widzi, ale niech mu będzie. Cała skrzypi jak kiciuś się kręci. Kilka razy się z niej sturlał :).




Lodówka
Hesia dla odmiany mogłaby wcale nie schodzić z lodówki. Uwielbia ją, doskonały punkt obserwacyjny.



Tak naprawdę to nie sama lodówka jest dla niej tak ważna, ale... ten niebieski koszyczek. Ledwo się w nim mieści, ale jak widać wcale jej to nie przeszkadza.






Można wypróbować różne kombinacje... takie jak koszyczek na kocyku, na drapaku :)

(ściana! już nie wygląda tak)

Przy okazji drapak. Fiś lubi kocyk na półce, a Hesi zdarza się spać w budce. A tyle było narzekania po kupieniu, że strata pieniędzy, że bez sensu, bo Fisiek nie wykazywał żadnego zainteresowania drapakiem. Widać czekał na Hesię, bo teraz jest już używany przez oba koty.



Laptop
To już takie bardziej typowe, Fisiek potrafi zwinięty w kłębek przespać na nim pół nocy. Otwartego nie rusza, za to często kładzie się na biurku z główką przytuloną do laptopa i mruczy, gdy coś robię w "internetach". Mój puchaty asystent :).


Worek ze żwirkiem za lodówką
Kiedy nie wiadomo, gdzie jest Fiś, to pewnie jest właśnie tutaj. O dziwo to nie jego zastałam na żwirku, gdy chciałam zrobić zdjęcie :).


Wnętrze wersalki
Nawet nie wiedziałam, że są w niej otwory, Hesia jednak szybko odkryła tajne przejście i pokazała je Felinowi. Czasem koty znikają, nie ma po nich śladu - śpią wtedy oba wewnątrz mebla. Najlepiej na schowanym kocim tunelu, chociaż obok jest koc :).


Podłoga pod wersalką
Tu uwielbia leżeć Fiś.


Dodatkowo...
Czyli nie stałe leżanki, a po prostu coś, co tymczasowo będąc w zasięgu kocich zadków, zostało przez nie zaaprobowane ;).




Zobaczenie tego na żywo - prawdziwy poprawiacz humoru :D