sobota, 29 sierpnia 2015

Podsumowanie wakacji z kociastymi

Jako, że pomysłów na posty ostatnio nie brakowało, to dawno nie pisałam tak ogólnie, jak się miewają kociaste. Za nami dwa miesiące wakacji, czas coś naskrobać.


Na początku lipca małe zamieszanie związane z malowaniem salonu. Fiśki remont i przemeblowanie zniosły bardzo dzielnie i oczywiście pomagały, jakżeby inaczej. Zwłaszcza Heś - nasza wybitna dekoratorka wnętrz - nadzorowała uważnie przebieg prac, obserwując każdy ruch pędzla. Felin pilnował sprzętu, no wiecie, drabina i tak dalej.


Większość lata bure spędziły tak jak typowe koty - leżąc plackiem na podłodze. Właściwie, to leżeć  można też w wielu innych miejscach. Legowisko na parapecie było tymczasowe, ale tak się spodobało, że chyba pomyślę o zorganizowaniu go na stałe.



Jeśli jesteśmy już przy legowiskach... kiedy Fiś dobrał się do papierowej torby, nie wychodził z niej chyba ze dwie godziny.



Felaś jest uzależniony od gryzienia, nie byłby sobą, gdyby nie skosztował swej nowej zabawki. (W tle udko Heśki).


A to zdjęcie idealnie oddaje różnice w charakterach moich kociszczy :).



Kociaste przeżyły też coś bardzo dla nich nieprzyjemnego... odwiedziny dzieciaków.


Moje koty do dzieci się nie nadają. Hesia ogólnie nie potrzebuje ludzi do szczęścia, a Fisiek boi się każdego gwałtownego ruchu i najmniejszego hałasu... na początku było znośnie, bure zostały przekupione jedzeniem i wytrzymały jakoś głaskanie.


Później trzylatek się rozkręcił i ganiał koty po całym domu... Heś patrzyła na niego z pogardą i schowała się na lodówkę (nastąpiła atrakcja pt. kot w misce), a załamany Fiś zaszył się w kącie. Niemiła wizyta. Starsze w porządku, ale takie małe to dla moich kotów zbyt wiele.


Poza tym, Hesia nadal jest Hesią, czyli nieznośnym uparciuchem. Najbardziej załamała mnie, gdy wybraliśmy się na odrobaczanie (dzięki Dzidzi straciłam umiejętność samodzielnego podawania kotom tabletek). O dziwo łyknęła pastylkę bez większych scen, ale za to zaraz po powrocie do domu ją zwróciła. Odpuściłam licząc na to, że niewychodzące koty za bardzo robaków nie nałapały. Wcześniej niż w styczniu ich podtruwać nie zamierzam, ale wtedy chyba zostaniemy w lecznicy z pół godziny, dla pewności... 


Za to Fiś robi coraz więcej postępów, z dnia na dzień częściej się tuli, wskakuje na kolana, daje się głaskać i tak dalej. Zachwycam się misiowatym Fisiem, ale jednocześnie dziwię i zastanawiam, czy może przyczyną zmiany nie jest coś, o czym nie wiem, coś niedobrego z Fisiem albo ze mną. Przewrażliwienie.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Dlaczego warto przejść na BARF?

Od półtora roku podstawę kociej diety stanowi u nas BARF. Nie zważając na niedogodności (pisałam o nich tutaj), ciągle się go trzymamy. Dlaczego? Czy warto wkładać tyle wysiłku w przygotowywanie kotom jedzenia samemu, kiedy rynek oferuje nam mnogość dobrych gotowych karm zaspokajających kocie potrzeby w zadowalającym stopniu?

Gdyby nie było warto, dawno bym to porzuciła - jestem wybitnym leniem, a nasypanie karmy do miski to zajęcie dużo mniej kłopotliwe niż wielogodzinne babranie się w padlinie. Jednak w moim odczuciu zalety BARF dla kota przeważają nad jego wadami, a do tych ostatnich można się przyzwyczaić. Do takiego sposobu żywienia z pewnością trzeba dużo odwagi, przekonania, wiedzy i przede wszystkim chęci, ale nie jest to aż takie trudne, a gdy już się wciągnąć w tę barfną przygodę, ciężko z niej zrezygnować.

To nie jest wszystko! Na zdjęciu brakuje suszonej krwi, olejów rybnych, części mięsa (kurczak niegotowy czeka w lodówce), podrobów drobiowych (serca, żołądki i wątroba). Można też doliczyć mnóstwo misek, nóż, deskę, łyżkę, maszynkę do mielenia, więcej pojemniczków...:)


Co ja o tym myślę?
Trzymam się BARFa głównie ze względów ideologicznych (?) - oczywistym dla mnie jest, że zwierzę drapieżne, stuprocentowy mięsożerca naturalnie żywiący się gryzoniami, ptakami i innymi zwierzętami powinien jeść mięso, a nie jakieś suche kulki. Mokra karma z dobrym składem to oczywiście znacznie lepsza opcja, jednak jej zawartość nadal nie dorównuje myszom.
Karmy nie są idealne, jedna ma za mało tauryny, druga zły stosunek wapnia do fosforu, a te wypadające najlepiej często kotom nie smakują, kosztują krocie (płacić fortunę za indyka w puszce, gdy w mięsnym jest trzy razy tańszy...?) i/lub naszym mruczkom nie służą, wywołując problemy żołądkowe i reakcje alergiczne. Nie mam zaufania do karm, zwłaszcza po lekturze "Czarnej księgi karmy dla zwierząt".


Dzięki BARFowi mam większą kontrolę nad tym, co wkładam kotom do misek, mogę dokładnie zbilansować pokarm, wyeliminować dane składniki, a ilość innych dostosować do indywidualnych potrzeb kota. Podaję tylko produkty nieprzetworzone (przecież koty sobie myszy nie gotują), bez zbędnych barwników i poprawiaczy smaku. Jakość mięsa zapewne nie jest wybitna, ale przecież w karmie mamy prawie takie samo (oczywiście są jeszcze karmy z mięsa z hodowli ekologicznych, bardziej wartościowego od taniego kurczaka z marketu - którego jeśli nie chcemy, nie musimy przecież kupować) albo i dużo gorsze, a do tego poddane obróbce termicznej i uzupełnione niekoniecznie zdrowymi i potrzebnymi dodatkami.
Gryzienie dużych kawałków mięsa jest bliższe naturalnemu rozszarpywaniu ofiary, niż łykanie chrupek w całości czy zlizywanie z miski miękkiej papki. Felin kocha gryźć, ostatnio wzgardził kuszącą suchą karmą, a rzucał się na mieszankę. Uwielbiam patrzeć na drapieżcę w akcji, a kiedy dla odmiany podaję kociastym karmę, zaczynam odczuwać wyrzuty sumienia (to już syndrom fanatycznego barfera :).


A co na to koty?
Moje koty tylko utwierdzają mnie w przekonaniu. Co prawda to jeszcze młode zwierzaki i dopiero czas pokaże, jaki wpływ na ich zdrowie ma taka dieta, jednak póki co, roczna kotka i dwuletni kocur reagują następująco:
  • Sierść w stanie idealnym, miękka, puszysta, gładka (wręcz jedwabista), gęsta, lśniąca, ładnie wybarwiona, nie wypada garściami; Hesia ma ogromne, rozłożyste wąsy, tym fisiowym też niczego nie brakuje.
  • Skóra pozbawiona wyprysków, ran, świądu czy łupieżu; problemy skórne są nam zupełnie obce.
  • Żadnych problemów z trawieniem, zatwardzeń, biegunek, kłopotów z zakłaczeniem, nigdy.
  • Odchody po mięsie pojawiają się co kilka dni, są niewielkie, suche i niemal pozbawione zapachu (nie-barferzy często nie wierzą, że kupa może nie śmierdzieć - ale takie są fakty! Mam kuwetę pod biurkiem, a nawet nie poczułam, kiedy Fisiek wykopał urobek na podłogę i leżał tam sobie długi czas. A ostatnio po karmie zapach spod żwirku unosił się po domu przez wiele godzin...), składają się głównie z sierści - większość pożywienia zostaje strawiona i przyswojona. Ten punkt najbardziej przekonuje mnie do mięsa, nie mogę znieść bomby biologicznej w kuwecie po gotowcach (kociarze, na pewno znacie te "aromaty") i zastanawiam się - co takiego dodano do karmy, że kot nie trawi jej tak dobrze jak BARFa?
  • Koty są szczupłe, umięśnione i pełne energii, nie mają problemów z utrzymaniem wagi.
  • Żadnego osłabienia odporności czy drobnych infekcji, wizyty u weterynarza jedynie w formie profilaktyki. Hesia, od początku u mnie na BARFie, jeszcze na nic nie chorowała, całkowity okaz zdrowia.
  • Dzięki niskiej podaży węglowodanów, gryzieniu mięsa i czasem kości (oraz dodatkowo zabiegom pielęgnacyjnym, ale to bardziej wspomagająco) uzębienie Fiśka jest w świetnym stanie, z minimalnymi przebarwieniami, a zapach z pyska nie zabija. U Hesi  gorzej, ale też nie ma tragedii.

Nie wykluczam, że kiedyś z tego zrezygnujemy, przynajmniej na jakiś czas. Jeśli nie będę mieć możliwości przygotowywania mieszanek, to pogodzimy się z gotową karmą, wybierając jak najzdrowsze opcje. Jednak na razie jestem zachwycona takim żywieniem, w pełni do niego przekonana i nie zamierzam go porzucać, za dużo widzę w nim dobrego. Nie mam zamiaru nikogo na siłę przekonywać, niech każdy karmi jak uważa (i jak wybredne koty zechcą). Komercyjne karmy nie są złe i na pewno do wielu kociarzy powyższe argumenty nie trafią, bo ich inaczej żywione koty mają się równie dobrze. Dla mnie jednak BARF to jedyna słuszna dieta* i dobrze mi z tym, kociastym również ;).

*Słuszniejsze byłoby tylko karmienie całymi zwierzątkami, Whole Prey Model, na który na razie się nie porywam, ale może kiedyś zobaczycie na blogu i mysie truchełka...

sobota, 15 sierpnia 2015

Wyruszamy w świat daleki! Część druga.

Dziś kontynuacja tego posta dotyczącego wyjazdu z Hesią na wieś. Ponownie mnóstwo zdjęć kotka w zieleni, musicie mi wybaczyć :).



W czasie naszego spacerku nie obyło się bez starcia z... mieszkańcami. Wiadomo, jak traktowane są koty w dziurach zabitych dechami. Paniusie z miasta przyjechały i kota na smyczy prowadzają... Starałam się trzymać z dala od ulicy, ale nie ominęła mnie "rozmowa" z typowym chłopem wiejskim.
"O, jaki kotek. A co to za kotek?" Na pierwsze zdanie niepewnie się uśmiechnęłam i poszłam za szarpiącą Hesią. Dalej miałam ochotę odpowiedzieć, że "rasowy, bengalski", ale ostatecznie wolałam udać, że nie słyszę. Co, jakby zaczął dalej ciągnąć temat, a potem się zorientował, że ten kotek to taki sam buras jak te, co mu się w stodole zalęgły? Nie jestem dobra w rozmowach, tym bardziej takich, lepiej nie ryzykować, po co mi to.



Później od strony pola nadeszła jakaś starowinka i rozmawiała z moją babcią. To przy niej Hesia weszła na drzewo i doszło do szarpaniny. "Co to, pieska prowadzacie? Aa, to kotek...".



Hesia, jak na kota przystało, cały czas najbardziej ciągnęła w krzaki, a ja za nią. To zdecydowanie nie dla mnie, wolę podziwiać roślinność z daleka.



Ogrodzenie również bardzo ją interesowało, czyżby chciała przejść się dalej, poza nie? :)




Nie brałam dla niej wody, bo nie było gorąco, zresztą i tak pewnie by nie piła. Nie interesowało ją nic poza zwiedzaniem, wzięłam kilka chrupek suchej karmy, za którą normalnie szaleje - tu nie zwróciła na nią uwagi. 



Zajrzałyśmy również do domu, ale zdecydowanie wolała dalej zwiedzać podwórko :).



...i wąchać rośliny. Wokół tyle nowych, wspaniałych zapachów!



Nasz pobyt na działce trwał około godziny. Hesia nie chciała wracać, ledwo wsadziłam ją do transporterka. Zajrzeć do niego to chętnie, ale zostać w środku - absolutnie nie.



W drodze powrotnej trochę marudziła, ale i tak była bardzo grzeczna. W domu Fisiek wszystko dokładnie obwąchał, a mała padła, zmęczona dniem pełnym wrażeń (a ja razem z nią).




Było ciekawie, tak inaczej. Jednak nie sądzę, byśmy miały to powtarzać. Wycieczka była z ciekawości, dla urozmaicenia nudnych wakacji. Kilka dni później byłyśmy jeszcze przez chwilę na polu u nas za domem, ale było za gorąco, tego wyjścia nie zaliczam do udanych. Poza tym tam jest sam piach i grządki, nic ciekawego. Heś po tych atrakcjach zaczęła więcej miaukolić, jakby marudziła, że chciałaby się znów przewietrzyć. Ale nic z tego - wychodzenie z kotem nie przypadło mi do gustu na tyle, by to powtarzać. Może gdybyśmy mieli takie podwórko jak to na wsi, chętniej bym wychodziła, ale niestety nie mamy. Nienawidzę ruszać się z domu, przykro mi Hesiu, ale musisz pozostać domowym kanapowcem.


sobota, 8 sierpnia 2015

Tania i dobra karma dla kota

Czy dobra karma musi być droga? Jak żywić kota tanio, ale zdrowo? Czy opłaca się kupować łatwo dostępne karmy średniej jakości? Ile mniej więcej kosztuje wyżywienie kota?

Niech jako przykład służy zdrowy, dorosły kot o przeciętnej wadze ok. 4kg. Jako, że w diecie większości kotów przeważa sucha karma, to na niej się skupimy - załóżmy, że ten przykładowy mruczek żywi się głównie chrupkami. A miesiąc ma 30 dni.


Bardzo uśredniając, jeśli kot (4kg) jest karmiony:

A. Najtańszą karmą (Kitty, Coshida, Teo, Figaro, każda inna marka własna sklepów typu Tesco, Kaufland, Rossman itp.) za 4-6zł/kg. Skład wygląda zawsze podobnie - "zboża, mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego (min. 4% kurczaka/wołowiny/itp.)...", zawierają do 35% białka.

Dziennie mruczek potrzebuje ok. 70g karmy (ale koty karmione tymi odpadami bardzo często się nie najadają i zjadają o wiele więcej).

Koszt dzienny (przy 5zł/kg): 35gr. Koszt miesięczny: 10zł 50gr.

Cena bardzo niska, jednak karmy te nie spełniają potrzeb mięsożercy, są wypchane szkodliwymi składnikami i mają niekorzystny wpływ na zdrowie kota. Oszczędzanie na zdrowiu nikomu na dobre nie wyjdzie.

B. Tanią karmą znanych marek (Whiskas, Kitekat, Friskies, Felix itp.), której cena wynosi 7-14zł/kg! Właściwie to jest to samo badziewie jak wyżej, tylko w ładnym opakowaniu, reklamowane w telewizji i przez to droższe. Jeśli kupujesz kotu Whiskas dlatego, że nie masz pieniędzy na lepszą karmę wiedz, że to nieprawda.

Kot potrzebuje 70g dziennie (jak wyżej - często taka dawka okazuje się za mała, zwierzak ciągle jest głodny).

Koszt dzienny (przy 8zł/kg): 56gr. Koszt miesięczny: 16zł 80gr.
Kosz dzienny (przy 12zł/kg): 84gr. Koszt miesięczny: 25zł.


     Zdjęcie dzięki Marcelinie L. :)

C. Karmami zbożowymi (Arion, Biomill, Smilla, Animonda, Purina One, Purina Pro Plan, Purina Cat Chow, Perfect Fit, Sanabelle, Josera, Iams, Happy Cat, Brit, Eukanuba, Hills', Royal Canin itp.), w cenie ok. 10-30zł/kg. 

W składzie dominują zbędne wypełniacze (ryż, pszenica, kukurydza itp.), ale zachęca ładnie opisane mięso i zamaskowane odpady pochodzenia zwierzęcego (np. "drób 24%" - nie "mięso z drobiu", tylko drób, czyli nie wiadomo co) w ilości od kilkunastu do trzydziestu kilku procent (w przypadku większości produktów RC w składzie wcale nie wymienia się mięsa...), białka mają zazwyczaj od 30% do 38%.

W tym przypadku kot również potrzebuje ok. 60g suchej karmy na dzień.

Koszt dzienny (przy 12zł/kg - Josera, Arion, Smilla): 72gr. Koszt miesięczny: 21zł 60gr.
Koszt dzienny (przy 17zł/kg - Perfect Fit, Purina One):  1zł.  Koszt miesięczny: 30zł.
Koszt dzienny (przy 25zł/kg - Happy Cat, P. Pro Plan, Eukanuba): 1zł 50gr. Koszt miesięczny: 45zł.
Koszt dzienny (przy 30zł/kg - Hills', Royal Canin): 1zł 80gr. Koszt miesięczny: 54zł.

Jak widać, ceny znacznie rosną. Karmy są już nieco lepszej, ale nadal przeciętnej jakości i mają wiele niedociągnięć (nadmiar węglowodanów, nieprzyswajalne białko roślinne, szkodliwe zboża, za mało białka zwierzęcego itd.). Za podobną kwotę można dostać coś o wiele zdrowszego.

     Zdjęcie dzięki Zuzannie F. :)

Więc jaką karmę wybrać, żeby było zdrowo i tanio?

Zostały jeszcze karmy bezzbożowe. Wśród nich można znaleźć zarówno niewarte swojej ceny, napakowane ziemniakami przeciętniaki, jak i produkty wysokiej jakości, z bardzo dużą ilością mięsa i minimum wypełniacza. Są dobre dla kotów w każdym wieku, nie mają podziału "junior", "sterile", "senior".

Dobrym wyborem będą dwie karmy: Taste of the Wild Rocky Mountain (jej druga wersja, Canyon River, jest o wiele gorsza) oraz Feline Porta 21 Finest Sensible (opcjonalnie inny rodzaj, Cats Heaven). Jeśli nie chcemy brnąć w jeszcze wyższą jakościowo i cenowo półkę, powinny one zadowolić nas i nasze mruczki. Nadal nie brak im niedociągnięć, ale zbożówki nie mogą się z nimi równać.

Nasz przykładowy mruczek potrzebuje ok. 50g Feline Porty lub 45g TotW na dzień.

Koszt dzienny (przy 17zł/kg Porty): 85gr! Koszt miesięczny: 25zł 50gr!
Koszt dzienny (przy 20zł/kg TotW): 90gr! Koszt miesięczny: 27zł!

Jak się okazuje, koszty są zbliżone, a nawet niższe, od kosztów karmienia wieloma zbożówkami. A do tego zyskujemy karmę o wiele lepszej jakości, pozbawioną zbóż, ryżu, mączki kukurydzianej (owszem, nadal zostają ziemniaki i kilka innych dodatków, jednak jest ich znacznie mniej).

Dodatkowo, powyżej wzięłam pod uwagę cenę za kilogram karmy w małym, dwukilogramowym opakowaniu. Przy zakupie dużych worków po 7, 10kg, cena znacznie spada, nawet do 14zł (Porta) - 17zł (TotW) /kg. Wtedy wyżywienie jest jeszcze tańsze -->  21zł (Porta) i 23zł (TotW) miesięcznie.

Można więc bez problemu wyżywić kota za 20zł, a jednocześnie będzie to dieta dużo zdrowsza od karmienia marketówkami.

Inne bezzbożówki (np. Orijen, Applaws, Power of Nature, Purizon, Wildcat) osiągają ceny 25-40zł/kg, więc już nieco więcej, ale również nie wychodzą wybitnie drogo. Np. PoN Meadowland Mix jest tak sycący, że kotu wystarcza go ok. 40g, a więc kosztuje nas ok. 42zł miesięcznie (kiedy mowa o małym worku 35zł/kg - a kupując wielkie opakowanie 15kg, płacimy za wyżywienie poniżej 20zł miesięcznie!). Karma przez wielu uważana za najlepszą okazuje się tańsza od przeciętniaków.


"Jest problem - w sklepie tego nie dostanę..."

Szukając dobrej, niedrogiej karmy, wielu właścicieli decyduje się na te kiepskie dlatego, że nie mogą nigdzie dostać nic innego, a jeśli już trafi się jakaś fajna bezzbożówka (najczęściej Acana lub Orijen), to jej ceny przerażają. Sytuacja częsta zwłaszcza w małych miejscowościach z beznadziejnie zapatrzonymi sklepami zoologicznymi. Nietrudno się zniechęcić i uznać, że już nic więcej nie można zdziałać.

Warto przekonać się do zakupów internetowych. Nie dość, że na wyciągnięcie ręki mamy całe mnóstwo karm do wyboru, to tak jest po prostu taniej. Wystarczy trochę poszukać, zapytać o opinie innego kupującego przez internet zwierzoluba, a można znaleźć produkty w cenach naprawdę korzystnych. Bardzo często karmy dostępne w sklepach stacjonarnych są aż o kilka złotych droższe, niż gdyby je zakupić za pośrednictwem komputera.
 
"Nie zapłacę naraz takiej kwoty, a do tego jeszcze koszty przesyłki... kupowanie małej paczki w spożywczym co jakiś czas mniej obciąża mnie finansowo. Kto kupuje takie wielkie worki?"

Prościej jest przy okazji zakupów dla siebie wziąć małą paczkę suchej za 14zł, niż wydawać naraz 50zł + przesyłka. Wtedy też łatwiej uwierzyć w to, że wcale dużo nie płacimy (porównaj ceny Porty i Puriny). Jednak duży worek karmy starcza na dłużej i w ogólnym rozrachunku wychodzi taniej. Poza tym, przy okazji internetowych zakupów można wziąć też inne rzeczy dla kota, np. żwirek, a są sklepy, w których darmowa przesyłka jest od 100zł, więc zamawiając większe zapasy, pozbędziemy się kosztów dostawy. Odpowiednio przechowywane (sucho, szczelnie) chrupki mogą stać kilka miesięcy. Kupowanie dużych ilości sprawdza się zwłaszcza przy więcej niż jednym chrupkożernym kocie w domu. Można też zakupić ogromny zapas karmy na spółkę za znajomym, możliwości nie brakuje.


 Mokra karma

Jako, że spożywanie wyłącznie suchego pokarmu jest krzywdzące dla układu moczowego kota (zwierzęta te zazwyczaj piją za mało, bo są przystosowane do przyjmowania płynów w pożywieniu), powinien on dostawać jak najwięcej mokrej karmy. Rzadko ktoś decyduje się na karmienie wyłącznie puszkami, ale warto postarać się, by w diecie mruczka znalazło się jak najwięcej wilgotnego pokarmu.
Najchętniej wybieraną karmą jest Animonda Carny (ok. 8-15zł/kg), z podobnej półki cenowo - jakościowej można pokusić się też o Bozitę czy Smillę. Najlepsze mokre są dwa razy droższe, ale szukając okazji i kupując duże puszki po 400g zamiast 200g i saszetek, można je dostać po 20-25zł/kg. Między innymi są to: Catz Finefood, Granata Pet, Feringa, Grau. Tak jak w przypadku karm suchych, mokre lepszej jakości są często również bardziej sycące, więc kotu wystarczą mniejsze porcje.
Dla porównania, Whiskas kosztuje ok. 11zł/kg, puszki marketowe ok. 5zł/kg,  a ich skład pozostawia wiele, wiele do życzenia. By najeść się gorszą mokrą karmą, kot musiałby jej zjeść około 250-300g, a w przypadku lepszej nasyci się porcją mniejszą niż 200g. Whiskas pełen zbóż wyjdzie więc drożej od Animondy bogatej w mięso i podroby.
 
Jak to rozsądnie połączyć?

Chociażby poprzez podawanie karmy mokrej 1-2 razy dziennie (nawet z dodatkiem wody, by kot przyjmował więcej płynów), a na pozostałe posiłki sucha karma do pochrupania.

Przykładowy kot zje na dzień 50g Animondy Carny (zakupionej za 13zł/kg) i ok. 40g TotW (w cenie ok. 20zł/kg) --> 65gr + 80gr = 1zł 45gr dziennie i 43zł 50 gr miesięcznie.

Można też wybrać tańszą wersję - przy zakupie dużego (6,8kg) worka TotW, jego cena spadnie do 17zł/kg, a Animonda w puszkach 800g może kosztować nawet poniżej 10zł/kg, co daje nam  1zł 18gr dziennie i 35zł 40gr miesięcznie.

Inny szybki przykład, bardzo uśredniony - 50g Smilli (10zł/kg) + 45g Porty (14zł/kg) = 50gr + 63gr = 1zł 13gr dziennie i 34zł miesięcznie.

Można więc wyżywić kota za 40zł, a przy tym będzie to dieta zdrowa, pełnowartościowa i bezpieczna dla kociego pęcherza. 


Mokra karma nie może stać długo otwarta w lodówce, ale zawartość większych puszek można podzielić na porcje i zamrozić, daje nam to wygodę i kolejne oszczędności.

Oczywiście nie polecam nikomu rzucania się na głęboką wodę i zamawiania od razu 12 ogromnych puszek Animondy i 10kg suchej karmy :). Najpierw należy zaopatrzyć się w mniejsze ilości, by zobaczyć, czy kotu jedzenie służy i smakuje. Każdą nowość wprowadzamy stopniowo przez ok. 2 tygodnie (od kilku do kilkunastu dni).

Jako, że wzięliśmy pod uwagę niższą z wyższej jakościowo półkę karm, warto co kilka miesięcy zmienić którąś karmę na inną. Do tego raz w tygodniu poczęstować kota surowym żółtkiem z jajka i kilka razy w tygodniu zastąpić któryś posiłek surowym mięsem. Rozsądnie, niedrogo, zdrowo.

__________________
* Tekst nie odnosi się do sytuacji szczególnych, dużego zakocenia i kotów specjalnej troski (alergików itp.), może też być uznany za subiektywny. Tak czy inaczej, sama karmiłabym tak swoje koty, gdyby konieczne było cięcie wydatków.
* Wszelkie dane liczbowe są bardzo uproszczone i uśrednione, a przykłady to tylko przykłady, mają służyć ogólnej orientacji w kwestii kosztów.
* Bardzo często mam styczność z osobami, które mają jednego/dwa koty, chcą karmić tanio i zdrowo, ale ograniczają się do Puriny i potrzebują argumentów. Parę osób już przekonałam, ale dzięki temu tekstowi powinno być łatwiej i nie będę musiała się powtarzać.
* Wiem, że przedostatni fragment to jak kopia posta Arnor "Jak tanio a zdrowo żywić kota", ale cóż poradzę, że chciałam rozwinąć temat, a mamy takie samo zdanie i lubimy te same karmy :).
* Ceny szacowane głównie na podstawie Zooplusa.
* Wszystko liczone metodą proporcji i kalkulatorem. Starałam się, ale z matmy zawsze byłam kiepska, więc gdzieś mógł się wkraść jakiś raczej mało istotny błąd.
*Wiem, że uczepiłam się Whiskasa, ale fakty są takie, że to najczęściej wybierany przez kociarzy produkt, a przy tym bardzo drogi w porównaniu do swojej jakości.

sobota, 1 sierpnia 2015

"Bazgroły" są w sieci od półtora roku! Wyniki ankiety.

Pierwsze urodziny bloga przeszły niezauważone nawet przeze mnie, ale co szkodzi zamiast tego uczcić półtora roku? Gdy 31 stycznia 2014r. spontanicznie wymyślałam nazwę dla swojego miejsca w sieci, nie liczyłam na jakiekolwiek zainteresowanie. Kilka osób zachęciło mnie do zagoszczenia w blogosferze. Podziękowania lecą do Zuzy, Mili, Marceliny i Herci. Gdyby nie Wy, pewnie bym tego teraz nie pisała :).

Dawniej prowadziłam wiele blogów, zaczęłam jeszcze w podstawówce. Wszystkie były kiepskie, typowe wypociny dzieciaka. Szybko się zniechęcałam, nikt tego nie czytał, ogólnie beznadzieja i brak pomysłów. Gdy ponownie doszło do założenia bloga bałam się, że znów nie będę mieć o czym pisać i nie zrozumiem, czego tak naprawdę chcę. Byłam pewna, że wytrzymam najwyżej kilka miesięcy... a minęło już półtora roku i nie zamierzam przestawać.


Myślałam o blogu już w listopadzie 2013 i założyłam prywatny "Felin Catus", w którym pisałam dla siebie, z perspektywy dorastającego Felina. Miał tylko kilka wpisów i usunęłam go po otwarciu Bazgrołów. Żałuję, że nie zdecydowałam się na blogowanie wcześniej. Miałabym udokumentowany rozwój Felasia, opisane ze szczegółami to, jak poznawał świat, a ja uczyłam się kota i o kotach. I robiłabym futrzakowi więcej zdjęć. Pech chciał, że początek "kociastych" przypadł na walkę ośmiomiesięcznego Fisia z panleukopenią i blog przejął funkcję dziennika wypełnionego płaczem i niepewnością. Umarłby Fiś, skończyłby się blog, obaj, nim ich życie na dobre się zaczęło.

Na szczęście później było już tylko lepiej, zwłaszcza od kiedy mamy Hesię. Na dzień dzisiejszy doczekałam się 74 obserwatorów, dziękuję! :D Część z nich (o ile nie większość), to tak zwane puste obserwacje porzuconych kont albo blogerek liczących na rewanż, ale mimo wszystko i tak trochę Was tu jest :).

Co dał mi blog?
Za jego pośrednictwem poznałam wiele wspaniałych osób i ich zwierzaków, z którymi bardzo się zżyłam. Nauczyłam się uważniej obserwować swoje koty (by mieć o czym pisać :) i zauważać drobne, z pozoru nieistotne momenty w ich życiu. Stworzyłam wspaniały pamiętnik, do którego miło się wraca i będzie wracać. Robię kotom więcej zdjęć, i to o wiele lepszych niż na początku. Nawet wykosztowałam się specjalnie dla nich na nowy aparat. Chyba trochę lepiej piszę i bardziej świadomie prowadzę bloga.





                                                                     2014





2015









Lubię sprawdzać wyszukiwane słowa kluczowe, za sprawą których ludzie trafiają na Bazgroły. Zawsze zastanawiam się, czy dana osoba znalazła na blogu to, czego szukała, albo czy poprzez przypadkowy traf czymś się zainteresowała i została choć chwilkę dłużej... też tak macie, blogerzy?
Najwięcej pojawia się różnych kombinacji związanych ze żwirkami, a najczęściej wpisywana jest "rujka".


Na koniec analiza wyników ankiety. Bardzo wszystkim dziękuję za jej wypełnienie. Czytanie Waszych odpowiedzi było bardzo ciekawe, i miło zaskoczyło mnie to, że aż 23 osoby wzięły w niej udział. Dla mnie to dużo :). Ewentualni spóźnialscy nadal mogą oddawać swoje głosy. Ankieta znajduje się tutaj.

Nie namawiam nikogo do czytania poniższego, trochę się rozpisałam...

Zdecydowana większość trafiła do nas poprzez nieszczęsny portal Zapytaj, spora część za pośrednictwem innych blogów. Zaglądacie do nas regularnie raz w tygodniu, choć są też osoby zerkające pomiędzy nowymi wpisami. Uważacie, że częstotliwość publikowania postów jest odpowiednia, ale nie macie nic przeciwko, by ukazywały się one częściej (ktoś nawet chciałby co dwa dni :). Uważacie, że blog jest czytelny i przejrzysty, wygląd został oceniony średnio na 74%. Nieźle, ale jak widać już został poddany modyfikacjom, mam nadzieję, że teraz jest lepiej. Dawno chciałam coś zmienić, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Dzięki Waszym sugestiom udało się coś zdziałać. Blog poszerzony, nagłówek zmieniony (a raczej usunięty), czcionka przyciemniona, strony wylądowały na boku, ich treść również uległa zmianom.


Wasze gusta co do postów są bardzo zróżnicowane - przykładowo, tyle samo osób najbardziej lubi posty z zakupami, co uważa je za najmniej ciekawe. Generalnie, wszystko czytacie z podobnym zainteresowaniem. Na blogu chcielibyście poczytać jeszcze jakieś poradniki, interesuje Was też temat BARFa. Poziom zdjęć otrzymał średnią 84%, miło :). Długość postów jest w sam raz, chociaż też... różnie z tym bywa. (I teraz nie wiem, czy to różnie to raczej za krótko czy za długo :).

Nie macie zastrzeżeń co do mojego stylu pisania, poleciały nawet pochwały :). Ktoś napisał, że czasem nadmiernie się rozpisuję, z czym całkowicie się zgadzam. (Coś czuję, że po dzisiejszym poście więcej osób również zacznie uważać, że piszę za długo. A drugi zarzut będzie taki, że nadużywam emotikon, ale to tylko dziś tak wyjątkowo :).

Oczywiście posypały się głosy, że oba buraski są tak samo sympatyczne :). Chociaż Hesia dostała 3 głosy od "fanów", a Felin 6. Dalej zgodnie twierdzicie, że koty traktowane są jednakowo. Dwie osoby sądzą, że faworyzuję Felina (jak widać wyżej, sami go faworyzujecie :), czemu się nie dziwię - nigdy nie ukrywałam, że Fiś to mój najukochańszy pupilek, a Heś nie jest kotem, jakiego chciałabym mieć... ale mam, więc kocham i akceptuję.
Wszyscy wierzycie w to, że nie wypisuję głupot, cieszę się, ale sama w siebie wątpię (może dlatego nie znoszę pisać postów edukacyjnych):).

W uwagach dodatkowych głównie słodzicie, słodzicie, marudzicie na wygląd bloga i że zdjęć jest za mało, jeszcze raz słodzicie, a potem piszecie coś, co powinno być oczywiste - że jestem wobec kociastych nadopiekuńcza :).  I to ostatnie na pewno się nie zmieni, inni zbyt troskliwi z pewnością mnie rozumieją - pozostałym napiszę, że to już jest mój problem, a kotom się od tego krzywda nie dzieje, lepsza przesada w tę stronę niż w drugą. Moja nadwrażliwość emocjonalna, zaawansowany introwertyzm, wyrzuty sumienia wobec poprzednich kotów oraz radykalne wychowanie forum miau robią swoje.

To już wszystko na dziś, miłego weekendu :).