sobota, 31 grudnia 2016

Zdjęciowy wpis na koniec... roku

Ten mijający właśnie rok to porażka pod względem moich chęci do życia blogowania, może następny będzie lepszy. Żeby całkiem nie popaść w zapomnienie, dzisiaj porcja na szybko zrobionych zdjęć.


Mój świąteczny entuzjazm ilustruje Felin poniżej:


Jak co roku, nie było problemów z choinką czy czymkolwiek, nawet żadne lampki nie ucierpiały. Felin tradycyjnie nałogowo pije wodę ze stojaka i, tak samo tradycyjnie, wbija sobie igły w oczy, a ja załamana je wyjmuję. Ten kot jest geniuszem.


Prezentów dla burasów tradycyjnie również nie było w programie, może stąd te smutne miny.




Choć minęły już jakieś trzy lata, patrzenie na bury duecik nieustannie wprawia mnie w zachwyt.






sobota, 3 grudnia 2016

Kwestia higieny

Jako, że nie mam chęci do życia, a co dopiero do kreatywnego blogowania pranie to ważna czynność życiowa o higienę trzeba dbać, dzisiejszy post dotyczyć będzie... prania.


Przyjechało sobie do nas takie oto pudełko. Kociaste jak zawsze sądziły, że znajdą tam coś dla siebie.


Ładne było to pudełko. Po otwarciu zapachniało jak w pralni, aż ja się zachwyciłam, a Hesia sobie poszła.


Trochę się Fisie zawiodły, bo cały zestaw proszków, wybielacz, woreczek do prania i tabletki do zmywarki to ani do zjedzenia ani do zabawy dla takiego kota. Może i nie doceniły, ale to z myślą o nich, bo ich kocyk wreszcie przydałoby się wyprać. I tu przechodzimy do tematu.


Utrzymywanie czystości legowisk pomaga zapobiegać rozprzestrzenianiu się drobnoustrojów zagrażających zdrowiu zwierzaków i ludzi. Proszek Clovin II Septon ma za zadanie w tym pomóc, likwidując grzyby, bakterie i inne paskudztwa. I ładnie pachnie ;).


Więcej na temat dezynfekowania prania można poczytać tutaj i tutaj.


Ostatecznie kociaste zostały udobruchane zabawką dołączoną do proszków, zwłaszcza Fiś jest nią zachwycony (najchętniej by ją zjadł oczywiście, tak jak każdą inną niejadalną rzecz).


A moja wena utopiła się w pralce albo powiesiła na sznurku do prania, albo jedno i drugie. Jeszcze tu wrócimy jak ją reanimuję. U kotów wszystko w normie (poza tym, że ten kontrolny weterynarz nadal niezałatwiony, jestem tak idealnym właścicielem), a energii mają coraz więcej, rozleniwiać się z wiekiem nie planują ;). Fiś chyba chce zostać profesjonalnym felinoterapeutą i z sukcesem osiąga kolejne poziomy, ciągle tuląc się i mrucząc. Mam idealnego kota. I Hesię dla równowagi ;).


sobota, 8 października 2016

Dajemy znak życia... i tyle

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tego posta. Nie podoba mi się to, co stało się z częstotliwością publikowania tutaj wpisów - kiedyś pojawiały się regularnie co tydzień, potem co dwa tygodnie, a we wrześniu już był tylko jeden... możliwe, że na razie tak zostanie, jeden wpis w miesiącu, żeby blog całkiem nie obumarł. Chociaż na tę chwilę nie mam pojęcia, o czym miałabym tu następnym razem napisać.


Zauważyłam, że znaczną część blogosfery dosięgnął ten problem - postów coraz mniej, coraz krótsze, wiele blogów nie odzywa się od miesięcy... nie chcę, by "Bazgroły" podzieliły ten los, zbyt wiele pracy i serca włożyłam w tworzenie tej strony. Nie zamierzam znikać całkowicie, nie jest tak, że blogowanie mi się znudziło. Po prostu... nie wiem. Może potrzebuję przerwy. Pisanie przychodzi mi z trudem, zdania nie chcą się płynnie układać, mam pustkę w głowie. Od kilku miesięcy właściwie nie ruszam aparatu - raz na jakiś czas od niechcenia zrobię na szybko kilka zdjęć, byle jakieś były. Co z tego, że miałam na wszystko naprawdę dużo czasu, skoro zabrakło chęci.


Zawsze starałam się, by moje wpisy miały jako taką jakość i jeśli mam pisać byle co, to wolę nie pisać wcale. Nie porzuciłam blogosfery, jestem tu codziennie, czytam inne blogi, staram się komentować, często zaglądam na Instagrama. Tylko jest to takie bierne obserwowanie.


A ten bezsensowny post ma na celu zakomunikowanie, że żyjemy i wszystko z kociastymi w porządku ;). Felin nadal robi za przytulankę i terapeutę, Hesia zachowuje się jak kilkumiesięczny kociak. Dzidzia generalnie nadal ma mnie w nosie, ale zdarza jej się zasypiać tuż obok albo pozwolić się dotknąć, co jak na nią jest dużym sukcesem, bo te nasze relacje to od zawsze skomplikowane.


Nadal nie byliśmy u weterynarza, motywacji brak, skoro koty zdrowe... ale źle mi z tym, chcę wreszcie zrobić te kontrolne badania. I trochę czasami nie podobają mi się felasiowe oczy, ale jak już się nimi zmartwię, to za chwilę magicznie wracają do normy.


Tak więc jesteśmy tutaj, tylko trochę mniej, nie zapominajcie o nas :).

sobota, 10 września 2016

Kupa na dywanie, czyli co Cię czeka, gdy sprawisz sobie kota

Ten post nie zawiera niczego odkrywczego, każdy kociarz z pewnością doskonale zna opisane sytuacje, a bardziej doświadczony albo pechowiec może stwierdzić, że prawdziwych problemów z kotem to ja jeszcze nie widziałam. Co jest prawdą, bo co ja wiem o problemach z kotami, skoro moje są bezproblemowe. Tak, uważam moje koty za grzeczne i bezproblemowe. A mimo to, zaraz sobie na nie ponarzekam.
Ale to tak naprawdę nie będzie narzekanie, tylko stwierdzanie faktów, bo koty takie są. Ten post nie ma na celu zniechęcania ludzi do kotów, może jest najwyżej jakimś ostrzeżeniem czy uprzedzeniem. Chyba lepiej, żeby ktoś zrezygnował z planu adopcji kota, niż wywalił słodką kulkę za drzwi po kilku dniach życia z nią pod jednym dachem, kiedy to owa kulka ujawni swą ciemną stronę.

Koty to upierdliwe szkodniki i nie waham się tego napisać. I to trzeba po prostu zaakceptować, nie przejmować się drobnostkami i cieszyć się innymi, bardziej przyjemnymi stronami kociej natury, których przecież nie brakuje. 

Skupię się na moich dwóch szkodnikach i ich sposobach zatruwania mi życia. Większość kotów podziela podobne zachowania w różnym nasileniu.


Sen? Jaki znowu sen?
Drapieżnik najbardziej aktywny jest w nocy i nad ranem, ten domowy również...
Najlepszy czas na zabawy, miauczenie, bieganie po domu i ogólnie rozrabianie to mniej więcej przedział godzin 22-01, więc jeśli by tak chcieć się wcześniej położyć, to łatwo nie będzie. 
Udało się? Nie na długo, czwarta, piąta rano to dla kota idealna pora, by zacząć dzień i powtórzyć wygłupy sprzed kilku godzin. 
Kot przyzwyczajony, że codziennie o siódmej rano dostaje śniadanie? Dzień tygodnia go nie interesuje, w dni wolne też się głośno upomni o to, co mu się należy, nie ma mowy o dłuższym spaniu.
W przypadku moich burków zakłócanie snu jest zachowaniem sporadycznym, nie codziennością. Szaleją w nocy, ale nie nie wiadomo jak późno. Bywa, że np. Fisiek się wydziera i drapie w drzwi od kuchni o czwartej, a Heś skacze po szafach po trzeciej trzydzieści. Ulubiony numer Fiśka to gryzienie nad ranem kabla od laptopa, ten dźwięk działa lepiej od budzika, bo trzeba gnać ratować kabel ;). Na co dzień jednak nie wymuszają ani jedzenia, ani uwagi, to nie koty, którym właściciele ulegają i bawią się z nimi i karmią na zawołanie o najdziwniejszych porach. Budzą się razem z ludźmi.

Że niby koty to ciche zwierzęta? 
Są koty ciche, koty gaduły i koty rozdarciuchy. Najczęściej kot marudzi, gdy domaga się uwagi, wystarczy więc punktualnie karmić, poświęcać czas na głaskanie i bawić, żeby się zmęczył i uspokoił, ale niektóre i tak będą gadały. O tej pierwszej w nocy i piątej rano zwłaszcza, ale i w dzień. Hesia codziennie płacze z nudów, dopiero jak się Dzidzię wymęczy wędką (ja) albo wygłaska po brzuchu (inni domownicy) to jest cicha i zadowolona. Felaś się drze przed każdym popołudniowym posiłkiem... pół godziny po posiłku... godzinę po posiłku... lubi sobie dobrze zjeść i prowadząc co chwilę pod lodówkę usiłuje mi wmówić, że znowu jest głodny. Nawet jak nie dojada albo wybrzydza, to i tak dla zasady wymusza napełnienie miseczki. Dużo gada po swojemu, a zasób dźwięków ma bogaty (nie zawiera jednak miauczenia, tylko piski, skrzeki i gulgoty, uwielbiam tego kota). Czasem to irytujące, a czasem urocze, zwłaszcza jak przy tym się łasi i robi słodkie oczy. Mimo tego nie ulegam, inaczej dawno byłby toczącą się kulą tłuszczu.




Tytułowa kupa na dywanie nie miała na celu jedynie zwrócenia uwagi...
Właściwie to mnie zainspirowało do napisania tego tekstu. Odchody, mocz, wymiociny to nie jest miły temat, ale nie można go zignorować, bo komuś przeszkadza ze względów estetycznych. Jak bardzo przeszkadza i obrzydza, to może nie powinien mieć kota, a nawet i innych zwierząt. Choroby to jedno, zawsze może się przyplątać coś, co spowoduje u kota biegunkę, nadmierne wymioty, sikanie poza kuwetą. I cóż, trzeba posprzątać, na zwierzaka się nie gniewać i starać się go wyleczyć.
Inna sprawa, że koty tak mają, że nawet bez poważnej choroby często wymiotują, bo muszą zwrócić kłaczki/bo się nażarły trawy/bo się nażarły. Który kociarz nigdy nie wdepnął w kociego pawika o poranku? :) Załatwianie się poza kuwetą też jest dość powszechnym problemem, nie zawsze związanym ze stanem zdrowia, a znalezienie przyczyny bywa trudne. Kotom długowłosym zdarza się wybrudzić sierść przy korzystaniu z kuwety, co też zapewne może być uciążliwe.
Nie dość więc, że trzeba sprzątać, że śmierdzi, to jeszcze pewnie gdzieś zostaną jakieś plamy, bo przecież to kot, jak ma obok płytki czy panele, to i tak wybierze na wymioty puchaty dywan albo elegancką sofę.
Epizod z obsikiwaniem łóżka przez Hesię od dawna należy już do przeszłości. Wystarczyło wymienić łóżko, co i tak miało nastąpić, więc mieliśmy szczęście... poza tym koty kuwetkują perfekcyjnie i nie mamy takich problemów. Prawie. Felasiowi niekoniecznie służą gotowe karmy (dlatego wróciliśmy już do 100% BARF), co czasem skutkuje tym, że trze brudnym tyłkiem o podłogę albo świeżą pościel (cudownie go przyłapać na czymś takim...) albo wyjdzie z kuwety zadowolony, a kupa idzie razem z nim i odczepia się dopiero w drugim pokoju. Podcieranie kotu brudnego zadka albo szukanie skarbów po domu, coby w nie nie wdepnąć jest... nie polecam, ale da się wytrzymać :). O wiele bardziej nie lubię sprzątania wymiocin pełnych niestrawionego jedzenia, bo się kotek ne wiadomo kiedy nażarł (raz Hesia i raz Fisiek, przeważnie pawiki to sama ślina z sierścią i to rzadko, więc kolejny plus dla moich kotów).

Sierść, kłaki, kłaczki...
O ile nie mamy kota rasy mało owłosionej, to z pewnością trzeba będzie nauczyć się żyć z tonami sierści wszędzie. Wszędzie. Nie ma znaczenia, że naczynia były schowane, a ubranie dopiero wyprane, i tak będą na tym kłaczki. Można z tym walczyć mniej lub bardziej zawzięcie, ale w którymś momencie ciągłe sprzątanie zapewne zastąpi choć częściowa akceptacja. Szkoda nerwów na bezcelową walkę :).
Moje koty nie gubią nadmiernej ilości kłaków. Czeszę je nieregularnie, połkniętą sierść zwracają bardzo rzadko, nie wypada z nich garściami. Każdy osobnik jest inny, powietrze i temperatura mogą mieć wpływ, ważna jest też dieta (warto podawać olej z łososia i oczywiście karmy dobrej jakości), ale nawet taki mało kłaczący się kot będzie zostawiał wszędzie swoje futro, trzeba się z tym pogodzić.


Żwirek? Nie tylko w kuwecie.
W zależności od konkretnego produktu, jeden będzie roznosił się mniej, drugi bardziej, ale zawsze coś gdzieś się wysypie. Stawiam na oszczędność, higienę i wygodę w jednym, kupując drewnianego Cat's Besta - żwirek idealny pod każdym względem, ale z jedną ogromną wadą - jest wszędzie, zupełnie jak sierść. I nie przesadzam, znajduję go wszędzie, gdzie włażą koty, na biurku, w łóżku, nie ma dnia bez odkurzania, bo jest lekki i się czepia do łapek.
"Nośność" żwirku to jedno, drugie to uzdolnienia kota do kopania. Teoretycznie kot powinien robić dołek, załatwiać potrzebę i zasypywać. Fisiek robi to wzorowo, ale Hesia rozrzuca wszystko na sto metrów w górę i na boki, po każdym skorzystaniu więcej żwirku jest na podłodze niż w kuwecie. Może kuweta kryta by to ograniczyła, ale znając możliwości mojej wariatki... to nie bardzo.

Zniszczenia, zniszczenia...
Heś ma na sumieniu kilka kartonowych pudeł z rzeczami, kilka roślin doniczkowych (nie mamy więc żadnych kwiatów - ona ich nawet nie zjadała, tylko rozrywała liście i wypluwała dla samego niszczenia), tapetę ze ściany.
Felaś pogryzł kilka par butów (tak, to kot, nie szczeniaczek), ołówki, kable, lampki choinkowe (razy dwa), różne opakowania, sweter, chciał oderwać jakieś guziki i pewnie mogłabym tak wymieniać godzinę, bo ten kot wszystko pcha do pyska i gryzie z wielkim zaangażowaniem. Nie dość, że niszczy, to jeszcze naraża przy tym swoje zdrowie, dodatkowy problem. Jeszcze na moskitierę czasem skacze i się dziury porobiły.
Wspólnie przewróciły duży wiatrak i przez to biedak dokonał żywota. Nic nie stłukły pewnie tylko dlatego, że nie miały czego tłuc.
Oczywiście gdzieniegdzie widnieją ślady po kocich pazurkach, koty korzystają z drapaka, ale drapią też dywany i czasami kanapę, mają też dla siebie pufę robiącą za dodatkowy drapak. W czasie zabaw łatwo zahaczyć o coś pazurkami, nawet regularnie przycinanymi.
Z kotem w domu nie da się utrzymać wnętrza w idealnym stanie i zawsze będą jakieś straty w wyposażeniu. Nie ma co się za to gniewać na kota, najwyżej na siebie, że się nie upilnowało.


Pewnie znalazłoby się więcej przykładów do napisania, każdy kot ma na koncie jakieś indywidualne wybryki. Warto przymknąć oko na kocie wady, mimo wszystko to cudowne zwierzaki :).

sobota, 20 sierpnia 2016

Przetestowane: żwirek silikonowy Tigerino Crystals

Rodzaj: silikonowy niezbrylający
Ilość: 5l (ok 2kg)
Cena: ok 2,50zł - 3zł/litr
Rodzaje: Crystals, Crystals Lavender o zapachu lawendy, Crystals Flower Power o zapachu kwiatów,  Crystals Fun w różnych odmianach kolorystycznych, Crystals XXL o dużych granulkach


My wypróbowaliśmy wersję Flower Power, nie wiem więc jakie są inne, mogą się nieco różnić.

To było pierwsze spotkanie kociastych (moje zresztą też) ze żwirkiem silikonowym, dlatego też obdarzyliśmy go nieufnością. Nie wiem kto bardziej, ja czy kociaste? Chyba jednak kociaste. Nie są wybredne i wymagające jeśli chodzi o kuwetę, ale czegoś takiego jak te szeleszczące kulki jeszcze nie widziały.


Przeważnie chwilę po wsypaniu do kuwety świeżego żwirku jedno z kociastych od razu się w nim załatwia. Tym razem ten obowiązek postanowił przejąć Felin, Hesia w tym czasie... złapała jedną granulkę z podłogi i poniosła ją gdzieś w zębach. Zachowanie dla niej niecodzienne, bo bardzo rzadko bierze coś niespożywczego do pyszczka. Nie wiem czy planowała to zjeść, ale i tak jej to uniemożliwiłam (nie ma to jak pogoń za tym małpiszonem). W tym czasie Felaś powinien już zatwierdzić nowy żwirek... on jednak nadal nieufnie trącał go łapką, wchodził i wychodził z kuwety. Nie mógł się przekonać, jakby bał się tego czegoś i nie był pewny, czy można do tego nasiusiać. 

Silikon bardzo hałasuje w porównaniu z innymi żwirkami, a Fiś jest wybitnie strachliwy i wrażliwy na najmniejszy szelest...

Po dość długim czasie się przełamał i skorzystał. Nie wiadomo jednak było, jak potraktuje to Hesia. 
Tego samego dnia chyba nawet nie próbowała, jedynie przyglądała się z ciekawością używającemu kuwety Fiśkowi. Później już było w porządku, silikon został zaakceptowany.


Granulki różnej wielkości, dość duże, część z nich jak widać w innym kolorze (w tym przypadku zielonym). Ten obiecany w opisie zapach kwiatów... czuć przez sekundę po otworzeniu worka,  jak się dobrze zaciągnąć. Czyli nie sugerowałabym się doznaniami zapachowymi przy zakupie.


Żwirek jest lekki, jeden taki pięciolitrowy worek na dość dużą kuwetę nie za bardzo wystarcza, właściwie to go nam sporo zabrakło do idealnego wypełnienia. Przy dwóch kotach miał starczyć na dwa tygodnie... nie minęły nawet te dwa, gdy koty po prostu przestały korzystać z tej kuwety i załatwiały się tylko w drugiej. Silikon nadal nie śmierdział, ale dla nich widocznie był już zbyt nieświeży.
Zgadzałoby się z zapewnieniem producenta o świeżości przez dwa tygodnie (na dwa koty), ale przypominam, że mamy jeszcze drugą kuwetę, z innym żwirkiem, i z niej przez ten czas też trochę korzystały. To powinno było przedłużyć czas "ważności", a Crystals nie dotrwał nawet do tych 14 dni, czyli jednak wyszło krócej.


Granulki po zetknięciu z płynami rozpadają się na żółtawy "piasek", wyjmujemy tylko stały urobek, czyli jak przy każdym niezbrylającym. Nie nadaje się do wyrzucania do toalety. Co do pochłaniania zapachów, trochę czuć zapach moczu, ale to jak się specjalnie pochylać nad kuwetą i wąchać (dziwne mam zainteresowania... ale to na potrzeby recenzji). Zrozumiałam, dlaczego kociaste już nie chcą się do tego zbliżać, czy zaczęłam wysypywać zawartość do worka na śmieci... zastały smród pod tą wierzchnią warstwą był niesamowicie silny i odrażający.

Zalety:
  • dobrze pochłania zapachy - nie licząc smrodu przy sprzątaniu
  • mało się roznosi poza kuwetę - to było wspaniałe, przez dwa tygodnie mieć o połowę mniej żwirku na podłodze, nawet kopiąca Hesia nie wyrzucała go na sto metrów w górę i na boki ;)
  • i to by było chyba na tyle... ale te dwa kryteria należą przecież do najważniejszych

Wady:
  • mało wydajny - na miesiąc musielibyśmy zużywać jakieś 2-3 worki, po ok 15zł każdy, Cat's Best wychodzi nam o wiele taniej
  • hałasuje, co może przeszkadzać kotom o delikatnej psychice
  • jak się nadepnie bosą stopą to boli ;)

Cena jest jednak dla mnie najważniejsza, i choć wygodnie było nie musieć tyle odkurzać i sprzątać zbrylonego moczu kilka razy dziennie, to taka wygoda schodzi na dalszy plan. Nigdy nie przekonam się do niezbrylających żwirków - nie lubię nie wiedzieć, czy kot załatwiał się czy nie, przy ewentualnych problemach z pęcherzem taki żwirek nie ułatwi sprawdzania, jak często kot siusia.

Nie jest więc ani bardzo dobry, ani zły, jeśli komuś nie przeszkadza cena, ma jednego kota i lubi wygodę, to może mu się spodobać. Mnie nie przekonał, już kupiłam 40l CBE za 76zł ;)

Ocena: 4/6

sobota, 6 sierpnia 2016

10 nieodpowiedzialnych zachowań kocich właścicieli

Czyli inaczej - czego NIE robić, jeśli chce się dobrze zajmować kotem.
To na pewno nie jest nawet połowa niewłaściwych zachowań, ale te poniższe powtarzają się chyba najczęściej, pierwsze przyszły mi na myśl i pewnie najbardziej mnie drażnią, skoro się tu pojawiły. Kolejność raczej losowa. I nie wymieniłam tu jakiegoś rażącego znęcania się i zaniedbywania, tylko raczej sytuacje, które niekoniecznie wynikają ze złej woli, może raczej nieświadomości i beztroski, a mogą skończyć się tragicznie. I często tak właśnie się dzieje, choć niektórym trudno w to uwierzyć, bo to wydają się błahostki.

1. "Mój kot nie je od kilku dni/chyba złamał łapę/mocno wymiotuje/potrącił go samochód/itp. Czy są jakieś domowe sposoby, by mu pomóc?"/ "Nie będę wydawać pieniędzy na leczenie kota, samo mu przejdzie."
To akurat wyjątek od tego, co napisałam powyżej. Gdyby ten kot był człowiekiem, na pewno udzielono by mu pomocy, ale nie jest. Czy znaczy to, że może sobie cierpieć, bo jest tylko zwierzęciem? Zwierzęta też czują ból, tylko nie mogą o tym powiedzieć i to powinno być oczywiste dla każdego człowieka. Niestety nie jest. Bierne patrzenie jak zwierzę umiera w męczarniach nie różni się niczym od znęcania się nad nim.
Odpowiedź na pytanie, co robić w przypadku choroby pupila, powinna nasuwać się sama. Chory człowiek idzie do lekarza, a tak się składa, że zwierzęta też swoich lekarzy mają, więc tam powinny zostać zabrane. Wszelkie leczenie na własną rękę może przynieść więcej szkody niż pożytku, tak samo zwlekanie przez kilka dni, choć wyraźnie widać, że coś jest nie w porządku. Im szybciej kot otrzyma pomoc, tym krótsze i tańsze będzie leczenie. A czekanie aż "samo przejdzie", może skończyć się poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. Przejdzie albo nie przejdzie i kot nie przeżyje.
Podawanie ludzkich leków bez konsultacji z weterynarzem stanowi zagrożenie życia. Kot jest mały, i nawet jeśli jakiś lek się dla niego nadaje, to jego dawka na pewno nie będzie taka jak dla dorosłego człowieka.
Wielkim zagrożeniem dla kota są leki przeciwbólowe. Wyobraźmy sobie sytuację - jest noc, kot miał wypadek, właściciel chce mu ulżyć żeby wytrzymał do rana, do zabrania do lekarza. Daje mu Apap, a z kotem jest coraz gorzej. Zabił własnego kota, a chciał tylko, żeby go nie bolało. Łatwo można by było tego uniknąć.

Na dzisiejszych zdjęciach modelka Hesia tematycznie udająca zdechlaka.

2. "Nie szczepię swoich kotów, bo to niepotrzebne."
Nienawidzę tego tekstu. Nienawidzę, gdy ktoś przyznaje, że nigdy swoich kotów nie szczepił i jakoś na nic nie zachorowały, więc szczepienia są zbędne i on szczepić nie będzie. Obyście się nigdy nie przekonali, co to znaczy nie zaszczepić kota. Ja się przekonałam i chyba będę mieć traumę do końca życia.
Kot niewychodzący nie jest bezpieczny, może zarazić się podczas kontrolnej wizyty u weterynarza, możemy też przynieść chorobę na ubraniu. 
Szczepienia nie są drogie (czy 40zł to fortuna?) i nie trzeba robić ich często. Czasem wystarczy jedna szczepionka, by uratować życie. Koci katar jest trudny do leczenia, ale przeważnie da się kota z niego wyciągnąć, ale panleukopenia zabija. Nie chcesz, nie szczep. Tylko potem się nie zdziw, jeśli kot będzie umierał w męczarniach, w kałuży własnych wymiocin, krwi i odchodów, jeżeli dorwie go koci tyfus, czyli panleukopenia. Szczepionka może uchronić kota od tego koszmaru, ale oczywiście, po co szczepić... mój Fiś przeżył, ale nie każdy kot będzie miał to szczęście.
Tak samo irytują pytania "czy mój kot może mieć wściekliznę?". Najprawdopodobniej to nie będzie wścieklizna, ale po co ten stres i niepewność - skoro można było zaszczepić. Wychodzący kot powinien być szczepiony na wściekliznę, to uchroniłoby nie tylko zwierzaka, ale także wiele osób od paranoi i strachu przed przypadkowym zadraśnięciem przez własnego kota.

3."Miałem wiele kotów, ale wszystkie żyły krótko, bo ulegały wypadkom."
Traktuję to jako "wiem, że ten kot długo nie pożyje i zaraz zginie jakąś paskudną śmiercią, ale mi to nie przeszkadza", jako świadome przyzwalanie na przedwczesną śmierć własnego zwierzęcia. Jeżeli wiesz, że tamten sąsiad truje każdego napotkanego kota, albo, że ta ulica tuż za domem jest niesamowicie ruchliwa, to albo nie miej kota, albo najlepiej trzymaj go w domu. Niewychodzący kot nie cierpi, a za to pożyje dłużej niż dwa lata. Zawsze też można wychodzić z nim na spacery na smyczy - również nie cierpi, a ma kontakt ze światem zewnętrznym, większość kotów lubi takie spacery.
Oczywiście trzeba też wspomnieć o tym, że te wszystkie koty, co tak krótko żyły, to przeważnie niekastrowane kocury - więc od tego trzeba zacząć. Kastracja prosty zabieg, a być może uchroni kota przed okrutną śmiercią, bo się będzie trzymał koło domu zamiast włóczyć nie wiadomo gdzie.


4."Mieszkam na ostatnim piętrze w bloku, ale okien i balkonu nie osiatkuję, bo szkoda pieniędzy/za dużo z tym roboty/brzydko to wygląda i nie będę żyć jak w klatce. A kot jest spokojny, sprytny i na pewno nie wypadnie."
Oczywiście nie chodzi tylko o niewychodzące koty mieszkające w wieżowcu nad ruchliwą ulicą, ale i o każde inne piętro. Osoba niemająca możliwości założenia siatek, ale poważnie podchodząca do tematu, poradzi sobie nie otwierając okien przy kocie i nie wypuszczając go na balkon, ale nigdy nie ma stuprocentowej pewności, czy kot się jakoś nie wydostanie.
Kot jest na tyle sprytny, żeby uciec akurat w tej sekundzie, kiedy człowiek nie będzie patrzył, a jeśli był niewychodzący, to zaginięcie gotowe. Nawet, jeżeli przez x lat spokojnie sobie siedział i nie miał ciągot do ucieczki, któregoś dnia może coś się zmienić.
Kot jest na tyle nieostrożny, żeby ześlizgnąć się z poręczy balkonu albo rzucić się z okna za przelatującym ptakiem i nie trafić w ten parapet obok przy lądowaniu.
Kotów ulegającym takim głupim wypadkom jest więcej, niż mogłoby się wydawać. Czasem nic złego się nie stanie, czasem kot w panice ucieknie i nie wróci, a czasem straci życie... loteria. A ta siatka wcale nie jest mocno widoczna i w niczym nie przeszkadza, za to może uratować kota przed śmiercią lub kalectwem. A i taniej będzie osiatkować okno niż składać połamanego kota, i stresu tyle przy tym nie będzie...

5."Nie ma sensu kupować kotu drogich karm, wystarczy mu to co ja jem, zupa i makaron są przecież bardzo smaczne."
Absolutnie nie uważam, że jeżeli ktoś nie karmi kota najlepszymi karmami jakie istnieją, to nie ma prawa mieć zwierząt i się nad nimi znęca. Ale kot jest bezwzględnym mięsożercą i jako taki musi jeść mięso, karmę robioną z mięsa, a nie cokolwiek, co zostanie z obiadu. Biorąc pod swój dach zwierzę, mamy obowiązek zapewnić mu to, czego potrzebuje. A kot potrzebuje mięsa, a nie bułki maczanej w mleku i ścinek starej wędliny, w której jest więcej chemii niż właściwych składników odżywczych. Sam sobie odpowiedniego pożywienia nie zapewni, jest zależny od tego, co mu człowiek wrzuci do miski. Koty wychodzące mają to szczęście, że mogą coś upolować i się same dokarmić, może dlatego jakoś się trzymają na tragicznym żywieniu. Ale kot niewychodzący nie będzie miał takiej szansy.
Podawanie niewłaściwego pożywienia poskutkuje intensywnym wypadaniem matowej sierści, problemami z trawieniem, a w dalszej perspektywie niedoborami i poważnymi problemami zdrowotnymi.


Poważny Fisiek też pasuje.

6."Nie wykastruję mojego kota, bo nie trzeba, nie będę go okaleczać i jemu też się coś od życia należy."
Odnośnik do posta o faktach i mitach wystarczy za komentarz --> klik!

7."Moja kotka jest taka ładna i przyjazna, chcę zostawić sobie po niej kociaka."
A piętnaście innych kociąt zemrze w schronisku i pod śmietnikiem, kiedy będziesz się radować cudem narodzin. Chcesz mieć więcej niż jednego kota - zrób coś dobrego, adoptuj zwierzaka, który już jest na świecie i właśnie czeka na dom. Na co dzień to nie ma znaczenia, czy koty są spokrewnione czy nie, nie będziesz się przez całe ich życie codziennie zachwycać tym, że masz fajną kocią rodzinę, która jest z Tobą od kilku pokoleń. To głupie.
Inne koty też mogą być piękne jak ta ulubiona kotka, a kocięta tej kotki wcale nie muszą odziedziczyć po niej urody. Urodzi się liczna gromadka zwyczajnych kociąt w pospolitych kolorach i co wtedy? Poczekamy do kolejnego miotu i może tym razem doczekamy się kociaka tak pięknego jak matka?
Ten link co jest akapit wyżej to i w tym podpunkcie by dobrze wyglądał. Kotce te kocięta nie są do niczego potrzebne. Jeżeli to taka wspaniała kicia, to zrób wszystko, by była zdrowa i szczęśliwa, by pożyła jak najdłużej. Rozmnażanie jej w tym nie pomoże, a nawet przeciwnie, jeśli zdarzą się jakieś komplikacja, to tę wspaniałą kotkę stracisz.

8."Transporter dla kota? Drogie i niepotrzebne, jeśli będzie trzeba, przeniosę kota na rękach albo w kartonie."
Ile razy widziałam temat z rodzaju "kot uciekł w drodze do lecznicy, jak go znaleźć?" - dużo razy. Transporter nie został wymyślony tylko po to, żeby właściciel wydał więcej pieniędzy na zakupy. Zapewnia kotu bezpieczeństwo w podróży. I nie tylko kotu, bo spanikowane zwierzę w samochodzie stanowi zagrożenie, serio. Taki kontenerek na kota to nie jest coś, co się kupuje co dwa miesiące, to starcza na lata. Może też służyć pupilowi za legowisko (chociaż najczęściej za bardzo kojarzy się zwierzakowi z weterynarzem i jest czymś niemile widzianym), i wcale nie musi być drogi. Owszem, są modele kosztujące dużo powyżej 100zł, ale nie jest trudno znaleźć coś połowę tańszego.
Jeśli nie transporter, to szelki (mój kot był kiedyś noszony w sportowej torbie, nie wiem czy polecam, ale w nagłych wypadkach da się ;), ale czy połamanego kota będziesz ciągać na szelkach? W kontenerku będzie mniej narażony na uszkodzenia, zdarzają się różne sytuacje, dlatego jakiś transporter lepiej mieć nawet, jeśli kot lubi "szelkowe podróże" A może przybłąka się jeszcze jakaś znajda i trzeba ją będzie jakoś szybko przenieść i się do tego przyda, kto wie.
W każdym razie noszenie kota na rękach, nawet takiego spokojnego, to ogromne ryzyko. Coś go nagle przestraszy, jakiś pies wybiegnie na drogę, i bez problemu się wyrwie nawet z mocnego uchwytu, a przy okazji jeszcze dotkliwe podrapie człowieka. Nie warto ryzykować. A przykładowy karton... to nie jest wygodne ani solidnie zrobione, kot też może się wydostać.


9."Nie mogę się doczekać, aż w moim domu pojawi się nowy kociak, wezmę go od znajomych lada dzień, bo ma już 5 tygodni i umie sam jeść. A poza tym im młodszy kot tym łatwiej się do mnie przyzwyczai."
To jest samolubne krzywdzenie kociaka. I proszenie się o kłopoty. Kot w tym wieku jest zdecydowanie za mały na zabranie go od matki i rodzeństwa. To, że sam je i chodzi, jeszcze o niczym nie świadczy. Kotka uczy kocięta różnych zachowań, a ta nauka trwa więcej niż kilka tygodni. Miesięczne maluchy nie są jeszcze gotowe do oddania, ani pod względem psychicznym, ani fizycznym. Problemy w nauce korzystania z kuwety, osłabienie odporności wynikające ze stresu i w efekcie choroby, nieostrożność w zabawie, lękliwość... im młodszy kociak w momencie oddzielenia od matki, tym większa szansa na tego typu komplikacje. Nie bez powodu dobre hodowle wydają dopiero trzymiesięczne kociaki. Idealnie by było, gdyby kociak miał te 12-15 tygodni, ostatecznie 10, minimalnie 8 tygodni.
Czekanie może być męczące, ale co jest ważniejsze - własne widzimisię czy dobro kota? Czas szybko zleci, a starsze kocię łatwiej się przystosuje do nowej sytuacji i będzie mniej problematyczne, więc też na tym zyskamy.

10. "Moja kotka ma pół roku, czy może być w ciąży?"
Może, dlatego obowiązkiem właściciela jest do tego nie dopuścić, bo u tak młodej kotki może się to skończyć nieciekawie. To, że ktoś nie zauważył rui u kotki (chociaż z tym to różnie, bo jeżeli kotka spędza dużo czasu na zewnątrz, to rzeczywiście może ją przejść dość spokojnie) albo ją zignorował i pozwolił kociakowi (półroczna kotka to jeszcze kocię!) swobodnie sobie wtedy hasać na zewnątrz, nie najlepiej świadczy o właścicielu. Kotka podczas rui powinna być bezwzględnie przetrzymana w domu, nie tylko ze względu na ciążę. Na zewnątrz grozi jej też ucieczka i zaginięcie, a także zarażenie się nieuleczalnymi chorobami od obcych kocurów. Najbardziej odpowiedzialnie jest zacząć wypuszczać kota samego na zewnątrz dopiero po sterylizacji. Wtedy na pewno nie przegapi się rui, a poza tym młodsze kociaki są za małe na samotne wędrówki, łatwiej mogą ulec wypadkom czy po prostu zostać przez kogoś przygarnięte, "bo kociątko się błąkało".
 

sobota, 9 lipca 2016

Przetestowane: przysmaki GranataPet Feinis

Ilość: 50g
Cena: ok 5-7zł
Skład i warianty smakowe:
kaczka z kocimiętką: mięso z kaczki (42%, suszone i drobno mielone), płatki ziemniaczane, nasiona granatu (6%), tłuszcz drobiowy, drożdże piwne, liście kocimiętki (2%, drobno mielone), olej z łososia (1,5%)

drób z trawą dla kota: mięso drobiowe (41%, suszone i drobno mielone), płatki ziemniaczane, tłuszcz drobiowy (12%), nasiona granatu (5%), lucerna (5%, drobno mielona), drożdże piwne, olej z łososia (1,5%)

dziczyzna z żurawiną: dziczyzna (40%, suszona i drobno mielona), płatki ziemniaczane, nasiona granatu (5%), tłuszcz drobiowy, drożdże piwne, olej z łososia (1%), żurawina (1%, drobno mielona)


Naturalne przysmaki z suszonego mięsa to to nie są, znaczną część zawartości stanowią ziemniaki. Nie jest to jednak zły skład, duży plus to brak cukru i innych niezdrowych dodatków, tak często dodawanych do przysmaków. Zamiast tego mamy naturalne suplementy w niewielkich ilościach (olej z łososia, drożdże piwne). 
W wersji drób z trawą dla kota, rolę trawy chyba ma pełnić lucerna, bo nic innego tego typu w składzie nie znalazłam. Ten wariant smakowy jest też dostępny pod nazwą "kurczak z trawą dla kota" albo "drób z kocią trawką".

My przyjrzeliśmy się bliżej kaczce z kocimiętką.



Wygodne (i ładne) opakowanie ze strunowym zamknięciem zapobiegającym wysychaniu zawartości. Przysmaki o niezbyt intensywnym zapachu, twarde, niepodzielne, i co najważniejsze - dość duże. Hesia ma problemy z pogryzieniem*, nie są więc najlepsze dla kotów o drobnych pyszczkach.

*Trzeba wziąć poprawkę na to, że Heś ogólnie słabo sobie radzi z każdymi przysmaczkami, z tymi jak do tej pory najgorzej.

Być może jeszcze je kiedyś kupimy, sprawiają dobre wrażenie i mimo ziemniaków zawyżę im lekko ocenę na 5/6.

sobota, 2 lipca 2016

Jest lato, jest i balkon

Może nie za bardzo jest, ale akurat się udało, dawno nie było balkonowych zdjęć, a pogoda trafiła się idealna na wyjście.


W tym sezonie Heś była na balkonie razy dwa, a Fisiek jeden. Nie wychodzę z nimi dlatego, że nie chcę, by im się to za bardzo spodobało. Wtedy mogłyby wystawać przed balkonowymi drzwiami i próbować przedostać się na zewnątrz. A jak wiadomo, wystarczy sekunda i kot już jest tam, gdzie nie powinien. Nie mogę ryzykować. Póki co wcale im na balkonie nie zależy i nie garną się do wychodzenia. Lepiej, by tak zostało.


Z Hesią to bym mogła tam spędzać dużo czasu, z nią to sama przyjemność i zero stresu. To oaza spokoju, przejdzie się trochę, a potem leży i korzysta z promieni słonecznych. Fisiek to zupełnie inna bajka, szarpie się i próbuje żreć trujący bluszcz. Czyli jak w tamtym roku. 


Na zewnątrz jest dużo wąchania... oboje interesują się tymi samymi miejscami, choć śladów nie widać, to pewnie jakieś koty tu przychodzą i sikają. Za czasów Klucha pełno się tego kręciło pod domem, teraz już prawie żadnych nie widuję, ale może pojawiają się w środku nocy.


Kiedyś surowe kości zamiast w śmieciach wylądowały na balkonie i udało mi się zobaczyć, jak jakieś kocisko zaciągnęło je na dach obok i pożarło, ale teraz ta stołówka zamknięta, żeby się do kociastych intruzi tak blisko nie schodzili.


O czym by tu jeszcze napisać... Felaś umownie skończył trzy lata, a prezent w postaci kontrolnej wizyty u weterynarza jeszcze niezrealizowany. Brak motywacji, nagle znajduję tysiąc powodów, by to odłożyć na później. Niedługo się uda, na pewno. Jak będę o tym w kółko tu pisać, to wreszcie się zmusimy ;). Fisiek chyba nie ma nic przeciwko, żeby wcale się tam nie wybierać ;).


Jak Felaś to i Hesia, czas się przekonać, jak zniesie pobieranie krwi. Do dzielnych pacjentek nie należy, połykać tabletek nie chce, zawodzi przy byle szczepionce, więc może narobić scen.  Zobaczymy.


Bure upały znoszą dobrze, rano i wieczorem świrowanie, w ciągu dnia leżenie plackiem, apetyt normalny. No, właśnie się skończył zapas puszek i póki kurier nie przybędzie, to jedzą tylko BARFa, więc Fisiek postanowił nie jeść śniadań. Przynajmniej wrócił do swojej stałej wagi 4,8kg i wygląda ślicznie. W najgorszym momencie było 5,2kg, a to już zdecydowanie przesada.

Kończę tę bazgraninę i zostawiam Was ze zdjęciami: