sobota, 23 stycznia 2016

"Jak oduczyć kota chodzenia po meblach?"

Wbrew tytułowi, nie ujrzycie tu żadnego poradnika, tym bardziej z rodzaju "krzycz na kota, jak tylko znajdzie się powyżej poziomu podłogi. Jak to nie zadziała, oblej go wodą albo przyłóż gazetą" (widuję coś w tym stylu na każdym kroku i nieustannie mnie to irytuje). Oczywiście jest możliwe oduczanie bardziej rozumnymi sposobami, pytanie tylko - po co?

Nie twierdzę, że skoro zabraniasz kotu wskakiwania na stół, to jesteś potworem bez serca. Ale jednak często ludzie za bardzo się przejmują tymi swoimi mebelkami. Mebelki są dla nich ważniejsze od żywego, czującego stworzenia.


W "internetach" ciągle trafiam na różne zapytania krążące wokół tego tematu. Kilkadziesiąt razy czytałam, że czyjaś rodzina nie zgadza się na kota tylko dlatego, że będzie chodził po meblach. I że ktoś zaadoptował swojego pierwszego kociaka i najważniejsze, co go trapi, to jak go oduczyć wchodzenia na stół. Mniejsza o to, że nie wie, jak się nim zajmować, byle stół nie został zbrukany kocią łapką! 
Ktoś myśli nad pozbyciem się zwierzaka, bo się nie słucha, na krzesło włazi i sierść na nim zostawia. Inni chcą się dowiedzieć, jaka rasa będzie spełniała ich wymagania, a głównym wymaganiem jest: nie skacze po meblach.

To jakieś nieporozumienie. Kot z reguły nie jest zwierzęciem niskopodłogowym, to chyba nietrudno wywnioskować, widując je na dachach, płotach, drzewach. Czemu nagle miałby przestać skakać? Bo ktoś ma takie widzimisię? Jeśli nieskazitelność mebli jest dla Ciebie priorytetem, jedna mała rada - nie bierz kota. Jeżeli nigdzie nie wskoczy (a wskoczy na pewno), to albo podrapie, albo sierść zostawi, albo i obrzyga. Wymiotowanie to przecież kolejna kocia specjalność.


Kot potrzebuje przestrzeni powyżej podłogi. Zwłaszcza taki, który sam z domu nie wychodzi. Musi mieć swoje kryjówki, punkty obserwacyjne, by móc rozruszać się, poskakać, czy po prostu zdrzemnąć. To zwierzę, ma swoje potrzeby, a obowiązkiem człowieka jest je uszanować i zapewnić mu przyjazne środowisko życia. Nieustanne zmuszanie kota do trzymania się przy ziemi to tylko zbędny stres dla obu stron. (Stres może przyczynić się do niszczenia przez kota rzeczy na różne sposoby, więc, Miłośniku Mebli, to błędne koło). A jak tylko wyjdziesz z domu, to prawdopodobnie czworonóg i tak sobie na tę kanapę wejdzie. (Bo typowy kot wie, że nie wolno, ale i tak robi swoje, kiedy nikt nie patrzy). Chyba, że wymyślisz jakieś ekstremalne sposoby, typu wyrzucenie na mróz, zamykanie w klatce lub przestrzeni bezpieczniej, czytaj: nieumeblowanej...
Lepiej trzymaj się z daleka od tych wrogów każdej sofy i meblościanki. I kup nowe krzesło, będziesz mieć z niego więcej pożytku.

Jeśli już koniecznie chce się zabronić kotu korzystania z pewnych powierzchni, to należy udostępnić mu inne, pokazać, że gdzie indziej też jest dobrze i ciekawie. Zainwestować w wypasiony drapak, zawiesić nowe półki. I zabrać z widoku zbierające kurz figurki, by już nie musieć przeganiać od nich kota i nie wściekać się na zwierzę, kiedy "same spadną" za pomocą czyichś miękkich łapek.


Mogę zrozumieć to, że komuś nie odpowiada futrzak przykładowo na stole czy blacie kuchennym i konsekwentnie go stamtąd przegania, z pozostałymi meblami nie robiąc problemu. Ale osobiście nie widzę sensu się tak męczyć, oduczać opornego zwierza i irytować się, bo i tak robi, co mu się podoba. Szkoda mi na to czasu i nerwów.

Że kot na blacie jest niehigieniczny? A posiłki to przygotowujesz bezpośrednio na tym blacie i go nigdy nie czyścisz, tak? I ze stołu korzystasz też tak bezpośrednio? 
A nie brzydzisz się spać z kotem w jednym łóżku, nieraz na tej samej poduszce? Każdorazowo myjesz dokładnie ręce po dotknięciu kociego futra? Odkażasz bez przerwy każdą powierzchnię, z którą kontakt miał kot?

Tak to wygląda z mojej perspektywy. Pamiętam dobrze, jak to jest mieć do czynienia z kotem w pełni podwórkowym, stale liniejącym, brudnym, zamieszkanym przez różnorodne pasożyty. Klucha [*] bym na meble nie wpuściła, fuj. Ale taki domowy, zdrowy, regularnie odrobaczany i wyszczotkowany pupilek? Bez przesady.


Moje koty chodzą właściwie wszędzie, gdzie chcą, poza łazienką (zamknięta), okapem (wskakują rzadko i wiedzą, że nie są tam mile widziane, uciekają jak tylko je ktoś tam zauważy) i zagraconą półką wiszącą obok niego (umie tam wejść tylko Hesia i przyłapana zeskakuje, raz prosto na mą głowę). Na małej powierzchni każde dodatkowe "piętro" jest dla nich cenne. Mamy wyrobiony nawyk, by nie zostawiać nigdzie na widoku rzeczy, które nie powinny znaleźć się w kocim zasięgu. Dzięki temu nie ma bałaganu. I jeśli kot coś nabroi albo poczęstuje się ludzkim obiadem, to pretensje nie są skierowane do kota, tylko do siebie, że się zapomniało i nie dopilnowało.

Fisiek zawsze był jakby opóźniony psychoruchowo, co zapewne typowy Miłośnik Nieskalanych Kotem Mebli uznałby za niesamowitą zaletę. Do czwartego miesiąca życia tylko niezdarnie się wspinał (a wczoraj zamiast wskoczyć na zlew, to z niego spadł, mistrz kociej sprawności). Skoro parapet był dla Felasia nieosiągalny, to tym bardziej wszystkie wyższe powierzchnie. Gdy odkrył wreszcie istnienie blatu kuchennego, naiwni, niedoświadczeni właściciele próbowali go do niego zniechęcić. Efekt? Jak tylko został przyłapany na blacie, sam zeskakiwał, a zaraz znów tam wracał. Po dość krótkim czasie odpuściliśmy sobie irytowanie się bezowocnymi próbami oduczania. Obecnie nikt nie widzi nic dziwnego w burasach na blacie. Kwestia przyzwyczajenia. Wchodzą tam głównie wtedy, gdy chcą być wyżej, bliżej człowieka, jego twarzy, nawiązać kontakt, łasić się, przypomnieć o nakarmieniu. Czasami wylegują się na blacie i obserwują stamtąd, co dzieje się w kuchni.


Hesia to ten typ kota, który śni się Miłośnikowi Mebli w najgorszych koszmarach. Z pewnością są od niej gorsze, ale... ona jest wystarczająco zła.

Zanim się pojawiła, przynajmniej wyższe partie mebli były bezpieczne, można było coś tam zostawić bez obaw, że kot się dostanie i coś nabroi. Ale Dzidziuchna pokazała, że lodówka, szafa i wszystko inne jest tak samo banalnym celem jak kanapa. Co było robić? No przecież nie oduczać, skoro taka jest szczęśliwa pod tym sufitem. Osobiście pokazałam Felasiowi, żeby robił to, co Hesia, bo na pewno mu się spodoba. I teraz dwa koty straszą Miłośników Mebli z wysokości szafy, a Hesia spędza tam 80% dnia (pozostałe 20% dzieląc na lodówkę i kanapę).

Meble żyją, mniej się kurzą (bardziej "obsierściają", i co z tego), koty zadowolone, ludzie się nie denerwują, same zalety!

sobota, 9 stycznia 2016

Że niby koty to samotniki?

Moje zachwyty nad tym, jak to dobrze jest mieć dwa koty, i jak pozytywny wpływ ma Hesia na ogólne zachowanie "pierworodnego" Fisia, stanowią nieodłączną część tego bloga. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po raz kolejny pomęczyć ten temat ;). Zwłaszcza, że znalazłam kilka adekwatnych zdjęć.

To się widuje, patrząc w okno od zewnątrz :).

Świrują razem minimum dwa razy dziennie. Oglądanie kocich pościgów i zapasów chyba nigdy mi się nie znudzi. Ciężko to uwiecznić, bo a to aparat za daleko, a to ciemno, a to za szybko się przemieszczają... jak to koty.



Warto popatrzeć chociażby dla tego, co robi Hesiek ze swoją mimiką :D.



Często mam wątpliwości, czy to jeszcze nieszkodliwe wygłupy, czy już coś negatywnego. Zwłaszcza, że Dzidzia potrafi nieźle się wydzierać, gdy Fisiek jest zbyt brutalny i aż futro leci.



A małe blizny na felasiowych uszach same się nie robią. Najbardziej nie lubię, gdy się wzajemnie kopią po głowach, dlatego bardzo regularnie przycinamy pazurki.


Kiedy jednak widzę coś takiego jak poniżej, nabieram pewności, że te moje "bliźnięta" to się jednak lubią. Leżały tak bardzo długo, w każdym razie tyle, ile trwa pierwsza część Gwiezdnych Wojen, pamiętam, że cały seans nie ruszyły się z fotela :).



Może to te srogie mrozy tak na nie podziałały, bo niezbyt często przebywają aż tak blisko siebie przez tak długi czas. 



I to jest chyba to, co najpiękniejsze w dwóch lubiących się kotach - możliwość podziwiania takich wtulonych w siebie kluseczek :).


Nie, już nie mogłabym mieć tylko jednego kociastego. Przecież i jemu, i mnie byłoby tak nudno! 

sobota, 2 stycznia 2016

Wracając...

Nie było nas tu aż dwa weekendy, to pierwsza taka dłuższa przerwa. Obawiam się też, że nie ostatnia. W ramach zadośćuczynienia wrzucam większą ilość zdjęć ;).


Nastawieniem do świąt przypominam nieco Ebenezera Scrooge'a sprzed jego wewnętrznej przemiany, więc postanowiłam uciec z blogosfery pełnej świecidełek i życzeń, żeby się nadmiernie nie irytować bez potrzeby. Teraz wracam i przynoszę Wam... święta. A jednak. Bo o czymś napisać trzeba, a że Heś tak ładnie pozowała wśród ozdób...




Wolny czas spędzany był tak, jak kociarze lubią najbardziej - z kotem rozmruczanym na kolanach w trakcie czytania książki albo oglądania filmu. Felin nadaje się do tego idealnie.




A widok Fiśka w muszce - zabójczy :D.


Choinka żyje i ma się nieźle. Nikt jej nie obrzygał w miłosnym szale, ani bawiąc się w elektryka nie poprzegryzał włączonych światełek (zapewne tylko dlatego, że kabelki są schowane), jak to miało miejsce rok temu. Ale wąchanie obowiązkowe!



Prezentów koty nie dostały, opłatkiem też się z nimi nikt nie dzielił ;). A wigilijny posiłek się nie udał, Hesia zakrztusiła się tuńczykiem i wszystko wylądowało z powrotem w podstawionej misce...


Felin został strażnikiem Teksa... to znaczy choinki. Czasem wymienia się na warcie z Hesią, ale przeważnie woli pilnować osobiście.


Jednak przypadkiem okazało się, że taki święty to on nie jest...
Zdarza mu się też pogryzać gałązki, ale tylko troszeczkę.



Sylwester Fiś spędził pod stołem, o północy przeniósł się za kanapę. Hesia wylegiwała się na fotelu przed telewizorem, a później zaczepiała schowanego Felasia. Tej małej to nic nie rusza.



Ach, i oczywiście, prawdziwi twardziele piją wodę prosto spod choinki! Czyste miseczki ze świeżą wodą? Niech się Heśka częstuje. (Wczoraj w nocy razem popijali ze stojaka).


A kretyńskie ozdoby też nie są dla twardzieli, więc trzeba się ich pozbyć...


I przerobić na kokardę dla Królewny. Jej to nie przeszkadza. Bo przecież jej nic nie przeszkadza ;).