sobota, 19 marca 2016

Nasz obecny system żywienia

Na zdjęciu karma, dużo karmy. Tak wychwalam tego BARFa, narzekam na gotowce, to co na tu robi, i to jeszcze w takich ilościach? Czyżby to wszystko było tylko udawaniem, jakąś nędzną próbą dowartościowania się? Nie. Mięso nadal pełni dużą rolę w diecie kociastych, nastąpiły tylko pewne modyfikacje, których trzymamy się już od jakiegoś czasu.


Obecnie jadłospis Fiśków składa się pół na pół z mięsa i mokrej karmy, głównie Feringi. Powodów tej zmiany było kilka, przede wszystkim coraz większa niechęć kotów do surowizny oraz problemy z kupieniem suplementu żelaza. Dodatkowo, nie oszukujmy się, tak jest szybciej i wygodniej, mniej mięsa trzeba miesięcznie przygotować.


Karmienie tylko mieszanką bez krwi widzi mi się jako zbyt ryzykowne, koszt żywienia dwóch kotów wyłącznie puszkami jest za wysoki, a o suchej karmie nie chcę nawet słyszeć (Fiśki zresztą też są przeciw). Aktualne rozwiązanie wydaje się więc najbardziej sensowne, co nie znaczy, że jest idealne. Takie mieszanie surowe + przetworzone nie wzbudza zaufania, dodatkowo obawiam się o stan zębów i wagę kociastych. Póki co wszystko jest w porządku, nie dostrzegam różnicy między tym, co było na 100% surowym, a tym co teraz. Sierść nienaganna, energia w nadmiarze, załatwiają się może częściej, ale też nie codziennie, bo jednak tej karmy jest niewiele i dobrej jakości. I przede wszystkim - jedzą. Czasem coś zostawią (nawet karmę), ale to i lepiej dla nich, że się nie obżerają.


Przyczepić się można do jednego... Hesia waży 4,3kg, a Fisiek osiągnął równe 5kg. Po Dzidzi oczywiście nic nie widać, a Fiś jest trochę milszy w dotyku i tyle. Więcej już przybrać nie mogą, więc trzeba uważać na wielkość porcji i zachęcać Fisia do zabawy. Ta piątka na wadze mi nie przeszkadza, zawsze marzyłam o dużym kocie (widać chyba na zdjęciu, że łeb i łapy nie należą do najdrobniejszych), ale niedługo pewnie wybierzemy się profilaktycznie do weterynarza i trochę wstyd, bo z każdą wizytą waży więcej i nigdy nie pozostaje to niezauważone ;).

sobota, 5 marca 2016

Grunt to akceptacja

Każdy, kto miał kiedykolwiek styczność z kotami wie, jakie to potrafią być skomplikowane stworzenia. Niezależne, nieco dziwne, nieprzewidywalne. Co kot, to inna osobowość. Mogą być łagodne, przyjazne i względnie spokojne lub też całkiem przeciwnie.
Bywa, że zachowanie kota nam nie odpowiada ale nic nie można na nie poradzić, a jedynym sposobem na uniknięcie irytacji w jego obecności jest - zaakceptować. Nie chodzi tu wcale o liczne i różnorodne problemy behawioralne, które należy rozwiązywać. Mowa po prostu o kocie zdystansowanym (ale można to spokojnie podpiąć też do innych kocich wad).


Najgorzej, gdy taki kot trafi się komuś, kto oczekiwał, że nowy pupil będzie miłym, lubiącym ludzkie towarzystwo zwierzakiem. Niestety, kot zdystansowany nie zamierza spełnić tych oczekiwań.
Często wystarczy uzbroić się w cierpliwość - zdystansowanie mija z wiekiem lub z upływem czasu (np. jeżeli adoptujemy kota lękliwego i nieufnego, który musi powoli nabrać zaufania). Jednak niektóre osobniki całe życie będą stronić od kontaktu z człowiekiem, jeżeli w pierwszych tygodniach życia nie miały okazji go poznać i oswoić się z dotykiem.

W trakcie wędrówek po internecie łatwo trafić na pytania: „czy/czemu mój kot mnie nie lubi?”, „jak zyskać sympatię kota?”, „co zrobić, kiedy kot nie chce być głaskany/noszony na rękach/siedzieć na kolanach?” albo stwierdzenia, że to niewdzięczne i nieprzywiązujące się do ludzi futrzaki.


Kiedy widzę pytanie z rodzaju "co zrobić, jeżeli kot gryzie, gdy go trzymam na rękach?" od razu przychodzi mi na myśl odpowiedź "nie nosić na rękach". Tak to z tym właśnie jest, nic na siłę, jak to gdzieś ktoś napisał "nie zmusisz kota do miłości". Oczywiście, że wszyscy lubią nosić te puchate kulki na rękach, problem w tym, że... mało która kulka za tym przepada.

To, że kot się do nas ciągle nie tuli nie znaczy od razu, że nas nie lubi, czy coś jest z nim/ nami nie tak. Może jemu wystarcza przebywanie w tym samym pomieszczeniu czy położenie się obok człowieka, a nie na nim. I takie drobne gesty trzeba docenić i się nimi zadowolić, a nie mieć jakieś pretensje do kota, że znowu podrapał i uciekł, kiedy ktoś chciał go pogłaskać po brzuszku.

Właśnie, brzuszku. Brzuch, ogon, łapy to miejsca, w które niekoniecznie chce być dotykany pupil i nie będzie niczym dziwnym, jeżeli zacznie się bronić. Trzeba to uszanować i dowiedzieć się, jak odpowiednio głaskać kota. Pyszczek, grzbiet, nasada ogona zazwyczaj są "bezpieczne".


Kolejny błędem prowadzącym do negatywnych emocji jest wymaganie od mruczka, by był stale do naszej dyspozycji jako żywa przytulanka. To kot wybiera, kiedy chce być głaskany, przychodzi wtedy, kiedy to on tego chce. Zazwyczaj wtedy, kiedy człowiek akurat nie ma czasu... :) Nie zmusi się kota, by usiedział na kolanach o wyznaczonej porze, bo właśnie leci nowy odcinek serialu i właściciel uznał, że miło by było go obejrzeć z kotem mruczącym u boku.

Takie "oziębłe" koty to doskonali nauczyciele cierpliwości, tolerancji i pokory. Szanujmy je i dbajmy o nie, niech sobie będą takie, jakie są. 

Do takiego kota też można się przywiązać! Dotykanie zaginionego Klucha przeważnie kończyło się krwawiącymi, źle gojącymi się pogryzieniami. Jednocześnie uwielbiał wylegiwać się na kolanach (próba zdjęcia go kończyła się ukaraniem nieposłusznego człowieka, czyli ugryzieniem... więc strach było się ruszyć, to on decydował, kiedy sobie pójdzie) i ocierać o nogi. Nauczyłam się unikać jego zębów i mieliśmy raczej dobre relacje. To kot ustalał zasady, ja to rozumiałam i nie miałam nic przeciwko. Był dla mnie ważny, choć z pozoru takiego nieprzewidywalnego stwora ciężko lubić.


A zresztą, nie trzeba sięgać aż do Klucha. Fisiek jako dorastający zbuntowany kociak również wolał, by się do niego nie zbliżano i nadużywał zębów. Kiedy jeszcze był maleństwem, bez przerwy się tulił, wspinał jak najbliżej twarzy, głośno mruczał, codziennie rano długo się przytulał i udeptywał. Wszyscy to uwielbiali i tym bardziej żal było, że tak się zmienił i nie miał zamiaru pozostać przyjaznym koteczkiem. Ale nikt nie miał mu tego za złe, trudno.
Teraz Felaś ma prawie trzy lata i cierpliwość została nagrodzona. W trakcie pisania tego tekstu zdążył mnie poudeptywać, pomruczeć rozwalony na kolanach, rozciągnąć się wzdłuż klawiatury, posiedzieć obok na biurku, a teraz znów leży przed laptopem z głową na mojej ręce. Choć nie jest misiem-Fisiem i tulasiem-Felasiem 24 godziny na dobę, to jego wylewność jest zdecydowanie wystarczająca. Czasem nawet po puchatym brzuchu daje się pomiziać, ale raczej tylko mnie, generalnie wszystkie jego uczucia są skierowane ku mojej osobie. Rzadko okazuje sympatię komuś innemu, jeśli już to wtedy, kiedy nie ma mnie w domu.


Idźmy jeszcze dalej, do kogoś, kogo udział w tym wpisie był oczywisty już od początku. Moja Królewna. Hesia jest doskonała, jej charakter zachwyca i wzbudza we mnie podziw każdego dnia. Jednocześnie jest okrutnie irytujący. Obecnie Heś już wyszła z tego kocięcego zdystansowania i można powiedzieć, że jest normalnym domowym kotem. Mruczy dużo, ufnie wystawia brzuch do głaskania, pakuje się na kolana, a nawet zaczęła udeptywać. Trochę dziwne, że kot odkrył w sobie funkcję ugniatana po tak długim czasie, ale tak właśnie jest (robi to bez wdzięku, z rozcapierzonymi szponami ;).
Musi mieć do tego odpowiedni nastrój, być bardzo zaspana i zrelaksowana, a zbyt intensywne głaskanie natychmiast skutkuje ucieczką. Głaskanie lubi najmniej, na kolanach owszem, posiedzi, ale pod warunkiem, że nie będzie się jej dotykać. Nie można też się za bardzo zbliżyć i ogólnie wymaga taktu i ostrożności. Jeden nieopaczny ruch i kończy się jej cierpliwość. 
I to się tyczy głównie innych domowników, mnie Heś trzyma na największy dystans i zazwyczaj ucieka, kiedy tylko ją dotknę, choćby przed chwilą sama dopraszała się uwagi od mojej mamy.
Pewnie moje próby zbliżenia się do niej odbiera jakoś tak :).


Mam Fisia, więc nie czuję się pokrzywdzona. Wolałabym, by była bardziej przychylna, ale dostrzegam jej sympatię w innych sytuacjach i bardzo je doceniam. Każdy moment, kiedy pozwala mi na drapanie po brzuszku albo sama z siebie przycupnie niepewnie tuż obok, to dla mnie niczym święto i dostąpienie jakiegoś zaszczytu :). W nocy tez przeważnie śpi w pobliżu, kiedy nawet Fiśkowi zdarza się gdzieś oddalić. Czasem ma fazy na spanie w nogach łóżka, wtedy to już całkiem wielkie wydarzenie.
Może ona uznała, że skoro Fiś jest taki kochany, to ona już nie jest mi potrzebna i woli okazywać sympatię tym, których Fiś ignoruje, dzięki temu zachowując równowagę? :)

Zdystansowane koty są najbardziej fascynujące, grunt to akceptacja! :)