sobota, 20 sierpnia 2016

Przetestowane: żwirek silikonowy Tigerino Crystals

Rodzaj: silikonowy niezbrylający
Ilość: 5l (ok 2kg)
Cena: ok 2,50zł - 3zł/litr
Rodzaje: Crystals, Crystals Lavender o zapachu lawendy, Crystals Flower Power o zapachu kwiatów,  Crystals Fun w różnych odmianach kolorystycznych, Crystals XXL o dużych granulkach


My wypróbowaliśmy wersję Flower Power, nie wiem więc jakie są inne, mogą się nieco różnić.

To było pierwsze spotkanie kociastych (moje zresztą też) ze żwirkiem silikonowym, dlatego też obdarzyliśmy go nieufnością. Nie wiem kto bardziej, ja czy kociaste? Chyba jednak kociaste. Nie są wybredne i wymagające jeśli chodzi o kuwetę, ale czegoś takiego jak te szeleszczące kulki jeszcze nie widziały.


Przeważnie chwilę po wsypaniu do kuwety świeżego żwirku jedno z kociastych od razu się w nim załatwia. Tym razem ten obowiązek postanowił przejąć Felin, Hesia w tym czasie... złapała jedną granulkę z podłogi i poniosła ją gdzieś w zębach. Zachowanie dla niej niecodzienne, bo bardzo rzadko bierze coś niespożywczego do pyszczka. Nie wiem czy planowała to zjeść, ale i tak jej to uniemożliwiłam (nie ma to jak pogoń za tym małpiszonem). W tym czasie Felaś powinien już zatwierdzić nowy żwirek... on jednak nadal nieufnie trącał go łapką, wchodził i wychodził z kuwety. Nie mógł się przekonać, jakby bał się tego czegoś i nie był pewny, czy można do tego nasiusiać. 

Silikon bardzo hałasuje w porównaniu z innymi żwirkami, a Fiś jest wybitnie strachliwy i wrażliwy na najmniejszy szelest...

Po dość długim czasie się przełamał i skorzystał. Nie wiadomo jednak było, jak potraktuje to Hesia. 
Tego samego dnia chyba nawet nie próbowała, jedynie przyglądała się z ciekawością używającemu kuwety Fiśkowi. Później już było w porządku, silikon został zaakceptowany.


Granulki różnej wielkości, dość duże, część z nich jak widać w innym kolorze (w tym przypadku zielonym). Ten obiecany w opisie zapach kwiatów... czuć przez sekundę po otworzeniu worka,  jak się dobrze zaciągnąć. Czyli nie sugerowałabym się doznaniami zapachowymi przy zakupie.


Żwirek jest lekki, jeden taki pięciolitrowy worek na dość dużą kuwetę nie za bardzo wystarcza, właściwie to go nam sporo zabrakło do idealnego wypełnienia. Przy dwóch kotach miał starczyć na dwa tygodnie... nie minęły nawet te dwa, gdy koty po prostu przestały korzystać z tej kuwety i załatwiały się tylko w drugiej. Silikon nadal nie śmierdział, ale dla nich widocznie był już zbyt nieświeży.
Zgadzałoby się z zapewnieniem producenta o świeżości przez dwa tygodnie (na dwa koty), ale przypominam, że mamy jeszcze drugą kuwetę, z innym żwirkiem, i z niej przez ten czas też trochę korzystały. To powinno było przedłużyć czas "ważności", a Crystals nie dotrwał nawet do tych 14 dni, czyli jednak wyszło krócej.


Granulki po zetknięciu z płynami rozpadają się na żółtawy "piasek", wyjmujemy tylko stały urobek, czyli jak przy każdym niezbrylającym. Nie nadaje się do wyrzucania do toalety. Co do pochłaniania zapachów, trochę czuć zapach moczu, ale to jak się specjalnie pochylać nad kuwetą i wąchać (dziwne mam zainteresowania... ale to na potrzeby recenzji). Zrozumiałam, dlaczego kociaste już nie chcą się do tego zbliżać, czy zaczęłam wysypywać zawartość do worka na śmieci... zastały smród pod tą wierzchnią warstwą był niesamowicie silny i odrażający.

Zalety:
  • dobrze pochłania zapachy - nie licząc smrodu przy sprzątaniu
  • mało się roznosi poza kuwetę - to było wspaniałe, przez dwa tygodnie mieć o połowę mniej żwirku na podłodze, nawet kopiąca Hesia nie wyrzucała go na sto metrów w górę i na boki ;)
  • i to by było chyba na tyle... ale te dwa kryteria należą przecież do najważniejszych

Wady:
  • mało wydajny - na miesiąc musielibyśmy zużywać jakieś 2-3 worki, po ok 15zł każdy, Cat's Best wychodzi nam o wiele taniej
  • hałasuje, co może przeszkadzać kotom o delikatnej psychice
  • jak się nadepnie bosą stopą to boli ;)

Cena jest jednak dla mnie najważniejsza, i choć wygodnie było nie musieć tyle odkurzać i sprzątać zbrylonego moczu kilka razy dziennie, to taka wygoda schodzi na dalszy plan. Nigdy nie przekonam się do niezbrylających żwirków - nie lubię nie wiedzieć, czy kot załatwiał się czy nie, przy ewentualnych problemach z pęcherzem taki żwirek nie ułatwi sprawdzania, jak często kot siusia.

Nie jest więc ani bardzo dobry, ani zły, jeśli komuś nie przeszkadza cena, ma jednego kota i lubi wygodę, to może mu się spodobać. Mnie nie przekonał, już kupiłam 40l CBE za 76zł ;)

Ocena: 4/6

sobota, 6 sierpnia 2016

10 nieodpowiedzialnych zachowań kocich właścicieli

Czyli inaczej - czego NIE robić, jeśli chce się dobrze zajmować kotem.
To na pewno nie jest nawet połowa niewłaściwych zachowań, ale te poniższe powtarzają się chyba najczęściej, pierwsze przyszły mi na myśl i pewnie najbardziej mnie drażnią, skoro się tu pojawiły. Kolejność raczej losowa. I nie wymieniłam tu jakiegoś rażącego znęcania się i zaniedbywania, tylko raczej sytuacje, które niekoniecznie wynikają ze złej woli, może raczej nieświadomości i beztroski, a mogą skończyć się tragicznie. I często tak właśnie się dzieje, choć niektórym trudno w to uwierzyć, bo to wydają się błahostki.

1. "Mój kot nie je od kilku dni/chyba złamał łapę/mocno wymiotuje/potrącił go samochód/itp. Czy są jakieś domowe sposoby, by mu pomóc?"/ "Nie będę wydawać pieniędzy na leczenie kota, samo mu przejdzie."
To akurat wyjątek od tego, co napisałam powyżej. Gdyby ten kot był człowiekiem, na pewno udzielono by mu pomocy, ale nie jest. Czy znaczy to, że może sobie cierpieć, bo jest tylko zwierzęciem? Zwierzęta też czują ból, tylko nie mogą o tym powiedzieć i to powinno być oczywiste dla każdego człowieka. Niestety nie jest. Bierne patrzenie jak zwierzę umiera w męczarniach nie różni się niczym od znęcania się nad nim.
Odpowiedź na pytanie, co robić w przypadku choroby pupila, powinna nasuwać się sama. Chory człowiek idzie do lekarza, a tak się składa, że zwierzęta też swoich lekarzy mają, więc tam powinny zostać zabrane. Wszelkie leczenie na własną rękę może przynieść więcej szkody niż pożytku, tak samo zwlekanie przez kilka dni, choć wyraźnie widać, że coś jest nie w porządku. Im szybciej kot otrzyma pomoc, tym krótsze i tańsze będzie leczenie. A czekanie aż "samo przejdzie", może skończyć się poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. Przejdzie albo nie przejdzie i kot nie przeżyje.
Podawanie ludzkich leków bez konsultacji z weterynarzem stanowi zagrożenie życia. Kot jest mały, i nawet jeśli jakiś lek się dla niego nadaje, to jego dawka na pewno nie będzie taka jak dla dorosłego człowieka.
Wielkim zagrożeniem dla kota są leki przeciwbólowe. Wyobraźmy sobie sytuację - jest noc, kot miał wypadek, właściciel chce mu ulżyć żeby wytrzymał do rana, do zabrania do lekarza. Daje mu Apap, a z kotem jest coraz gorzej. Zabił własnego kota, a chciał tylko, żeby go nie bolało. Łatwo można by było tego uniknąć.

Na dzisiejszych zdjęciach modelka Hesia tematycznie udająca zdechlaka.

2. "Nie szczepię swoich kotów, bo to niepotrzebne."
Nienawidzę tego tekstu. Nienawidzę, gdy ktoś przyznaje, że nigdy swoich kotów nie szczepił i jakoś na nic nie zachorowały, więc szczepienia są zbędne i on szczepić nie będzie. Obyście się nigdy nie przekonali, co to znaczy nie zaszczepić kota. Ja się przekonałam i chyba będę mieć traumę do końca życia.
Kot niewychodzący nie jest bezpieczny, może zarazić się podczas kontrolnej wizyty u weterynarza, możemy też przynieść chorobę na ubraniu. 
Szczepienia nie są drogie (czy 40zł to fortuna?) i nie trzeba robić ich często. Czasem wystarczy jedna szczepionka, by uratować życie. Koci katar jest trudny do leczenia, ale przeważnie da się kota z niego wyciągnąć, ale panleukopenia zabija. Nie chcesz, nie szczep. Tylko potem się nie zdziw, jeśli kot będzie umierał w męczarniach, w kałuży własnych wymiocin, krwi i odchodów, jeżeli dorwie go koci tyfus, czyli panleukopenia. Szczepionka może uchronić kota od tego koszmaru, ale oczywiście, po co szczepić... mój Fiś przeżył, ale nie każdy kot będzie miał to szczęście.
Tak samo irytują pytania "czy mój kot może mieć wściekliznę?". Najprawdopodobniej to nie będzie wścieklizna, ale po co ten stres i niepewność - skoro można było zaszczepić. Wychodzący kot powinien być szczepiony na wściekliznę, to uchroniłoby nie tylko zwierzaka, ale także wiele osób od paranoi i strachu przed przypadkowym zadraśnięciem przez własnego kota.

3."Miałem wiele kotów, ale wszystkie żyły krótko, bo ulegały wypadkom."
Traktuję to jako "wiem, że ten kot długo nie pożyje i zaraz zginie jakąś paskudną śmiercią, ale mi to nie przeszkadza", jako świadome przyzwalanie na przedwczesną śmierć własnego zwierzęcia. Jeżeli wiesz, że tamten sąsiad truje każdego napotkanego kota, albo, że ta ulica tuż za domem jest niesamowicie ruchliwa, to albo nie miej kota, albo najlepiej trzymaj go w domu. Niewychodzący kot nie cierpi, a za to pożyje dłużej niż dwa lata. Zawsze też można wychodzić z nim na spacery na smyczy - również nie cierpi, a ma kontakt ze światem zewnętrznym, większość kotów lubi takie spacery.
Oczywiście trzeba też wspomnieć o tym, że te wszystkie koty, co tak krótko żyły, to przeważnie niekastrowane kocury - więc od tego trzeba zacząć. Kastracja prosty zabieg, a być może uchroni kota przed okrutną śmiercią, bo się będzie trzymał koło domu zamiast włóczyć nie wiadomo gdzie.


4."Mieszkam na ostatnim piętrze w bloku, ale okien i balkonu nie osiatkuję, bo szkoda pieniędzy/za dużo z tym roboty/brzydko to wygląda i nie będę żyć jak w klatce. A kot jest spokojny, sprytny i na pewno nie wypadnie."
Oczywiście nie chodzi tylko o niewychodzące koty mieszkające w wieżowcu nad ruchliwą ulicą, ale i o każde inne piętro. Osoba niemająca możliwości założenia siatek, ale poważnie podchodząca do tematu, poradzi sobie nie otwierając okien przy kocie i nie wypuszczając go na balkon, ale nigdy nie ma stuprocentowej pewności, czy kot się jakoś nie wydostanie.
Kot jest na tyle sprytny, żeby uciec akurat w tej sekundzie, kiedy człowiek nie będzie patrzył, a jeśli był niewychodzący, to zaginięcie gotowe. Nawet, jeżeli przez x lat spokojnie sobie siedział i nie miał ciągot do ucieczki, któregoś dnia może coś się zmienić.
Kot jest na tyle nieostrożny, żeby ześlizgnąć się z poręczy balkonu albo rzucić się z okna za przelatującym ptakiem i nie trafić w ten parapet obok przy lądowaniu.
Kotów ulegającym takim głupim wypadkom jest więcej, niż mogłoby się wydawać. Czasem nic złego się nie stanie, czasem kot w panice ucieknie i nie wróci, a czasem straci życie... loteria. A ta siatka wcale nie jest mocno widoczna i w niczym nie przeszkadza, za to może uratować kota przed śmiercią lub kalectwem. A i taniej będzie osiatkować okno niż składać połamanego kota, i stresu tyle przy tym nie będzie...

5."Nie ma sensu kupować kotu drogich karm, wystarczy mu to co ja jem, zupa i makaron są przecież bardzo smaczne."
Absolutnie nie uważam, że jeżeli ktoś nie karmi kota najlepszymi karmami jakie istnieją, to nie ma prawa mieć zwierząt i się nad nimi znęca. Ale kot jest bezwzględnym mięsożercą i jako taki musi jeść mięso, karmę robioną z mięsa, a nie cokolwiek, co zostanie z obiadu. Biorąc pod swój dach zwierzę, mamy obowiązek zapewnić mu to, czego potrzebuje. A kot potrzebuje mięsa, a nie bułki maczanej w mleku i ścinek starej wędliny, w której jest więcej chemii niż właściwych składników odżywczych. Sam sobie odpowiedniego pożywienia nie zapewni, jest zależny od tego, co mu człowiek wrzuci do miski. Koty wychodzące mają to szczęście, że mogą coś upolować i się same dokarmić, może dlatego jakoś się trzymają na tragicznym żywieniu. Ale kot niewychodzący nie będzie miał takiej szansy.
Podawanie niewłaściwego pożywienia poskutkuje intensywnym wypadaniem matowej sierści, problemami z trawieniem, a w dalszej perspektywie niedoborami i poważnymi problemami zdrowotnymi.


Poważny Fisiek też pasuje.

6."Nie wykastruję mojego kota, bo nie trzeba, nie będę go okaleczać i jemu też się coś od życia należy."
Odnośnik do posta o faktach i mitach wystarczy za komentarz --> klik!

7."Moja kotka jest taka ładna i przyjazna, chcę zostawić sobie po niej kociaka."
A piętnaście innych kociąt zemrze w schronisku i pod śmietnikiem, kiedy będziesz się radować cudem narodzin. Chcesz mieć więcej niż jednego kota - zrób coś dobrego, adoptuj zwierzaka, który już jest na świecie i właśnie czeka na dom. Na co dzień to nie ma znaczenia, czy koty są spokrewnione czy nie, nie będziesz się przez całe ich życie codziennie zachwycać tym, że masz fajną kocią rodzinę, która jest z Tobą od kilku pokoleń. To głupie.
Inne koty też mogą być piękne jak ta ulubiona kotka, a kocięta tej kotki wcale nie muszą odziedziczyć po niej urody. Urodzi się liczna gromadka zwyczajnych kociąt w pospolitych kolorach i co wtedy? Poczekamy do kolejnego miotu i może tym razem doczekamy się kociaka tak pięknego jak matka?
Ten link co jest akapit wyżej to i w tym podpunkcie by dobrze wyglądał. Kotce te kocięta nie są do niczego potrzebne. Jeżeli to taka wspaniała kicia, to zrób wszystko, by była zdrowa i szczęśliwa, by pożyła jak najdłużej. Rozmnażanie jej w tym nie pomoże, a nawet przeciwnie, jeśli zdarzą się jakieś komplikacja, to tę wspaniałą kotkę stracisz.

8."Transporter dla kota? Drogie i niepotrzebne, jeśli będzie trzeba, przeniosę kota na rękach albo w kartonie."
Ile razy widziałam temat z rodzaju "kot uciekł w drodze do lecznicy, jak go znaleźć?" - dużo razy. Transporter nie został wymyślony tylko po to, żeby właściciel wydał więcej pieniędzy na zakupy. Zapewnia kotu bezpieczeństwo w podróży. I nie tylko kotu, bo spanikowane zwierzę w samochodzie stanowi zagrożenie, serio. Taki kontenerek na kota to nie jest coś, co się kupuje co dwa miesiące, to starcza na lata. Może też służyć pupilowi za legowisko (chociaż najczęściej za bardzo kojarzy się zwierzakowi z weterynarzem i jest czymś niemile widzianym), i wcale nie musi być drogi. Owszem, są modele kosztujące dużo powyżej 100zł, ale nie jest trudno znaleźć coś połowę tańszego.
Jeśli nie transporter, to szelki (mój kot był kiedyś noszony w sportowej torbie, nie wiem czy polecam, ale w nagłych wypadkach da się ;), ale czy połamanego kota będziesz ciągać na szelkach? W kontenerku będzie mniej narażony na uszkodzenia, zdarzają się różne sytuacje, dlatego jakiś transporter lepiej mieć nawet, jeśli kot lubi "szelkowe podróże" A może przybłąka się jeszcze jakaś znajda i trzeba ją będzie jakoś szybko przenieść i się do tego przyda, kto wie.
W każdym razie noszenie kota na rękach, nawet takiego spokojnego, to ogromne ryzyko. Coś go nagle przestraszy, jakiś pies wybiegnie na drogę, i bez problemu się wyrwie nawet z mocnego uchwytu, a przy okazji jeszcze dotkliwe podrapie człowieka. Nie warto ryzykować. A przykładowy karton... to nie jest wygodne ani solidnie zrobione, kot też może się wydostać.


9."Nie mogę się doczekać, aż w moim domu pojawi się nowy kociak, wezmę go od znajomych lada dzień, bo ma już 5 tygodni i umie sam jeść. A poza tym im młodszy kot tym łatwiej się do mnie przyzwyczai."
To jest samolubne krzywdzenie kociaka. I proszenie się o kłopoty. Kot w tym wieku jest zdecydowanie za mały na zabranie go od matki i rodzeństwa. To, że sam je i chodzi, jeszcze o niczym nie świadczy. Kotka uczy kocięta różnych zachowań, a ta nauka trwa więcej niż kilka tygodni. Miesięczne maluchy nie są jeszcze gotowe do oddania, ani pod względem psychicznym, ani fizycznym. Problemy w nauce korzystania z kuwety, osłabienie odporności wynikające ze stresu i w efekcie choroby, nieostrożność w zabawie, lękliwość... im młodszy kociak w momencie oddzielenia od matki, tym większa szansa na tego typu komplikacje. Nie bez powodu dobre hodowle wydają dopiero trzymiesięczne kociaki. Idealnie by było, gdyby kociak miał te 12-15 tygodni, ostatecznie 10, minimalnie 8 tygodni.
Czekanie może być męczące, ale co jest ważniejsze - własne widzimisię czy dobro kota? Czas szybko zleci, a starsze kocię łatwiej się przystosuje do nowej sytuacji i będzie mniej problematyczne, więc też na tym zyskamy.

10. "Moja kotka ma pół roku, czy może być w ciąży?"
Może, dlatego obowiązkiem właściciela jest do tego nie dopuścić, bo u tak młodej kotki może się to skończyć nieciekawie. To, że ktoś nie zauważył rui u kotki (chociaż z tym to różnie, bo jeżeli kotka spędza dużo czasu na zewnątrz, to rzeczywiście może ją przejść dość spokojnie) albo ją zignorował i pozwolił kociakowi (półroczna kotka to jeszcze kocię!) swobodnie sobie wtedy hasać na zewnątrz, nie najlepiej świadczy o właścicielu. Kotka podczas rui powinna być bezwzględnie przetrzymana w domu, nie tylko ze względu na ciążę. Na zewnątrz grozi jej też ucieczka i zaginięcie, a także zarażenie się nieuleczalnymi chorobami od obcych kocurów. Najbardziej odpowiedzialnie jest zacząć wypuszczać kota samego na zewnątrz dopiero po sterylizacji. Wtedy na pewno nie przegapi się rui, a poza tym młodsze kociaki są za małe na samotne wędrówki, łatwiej mogą ulec wypadkom czy po prostu zostać przez kogoś przygarnięte, "bo kociątko się błąkało".