poniedziałek, 30 lipca 2018

Czy ten blog powróci?

Miło wspominam te dwa, trzy lata świetności Kociastych, ale zupełnie nie widzę szans na to, by te czasy mogły powrócić. Nie tylko ze względów, nazwijmy to, osobistych. Nie oszukujmy się - blogowanie o kotach nie jest już takie popularne jak kiedyś (w sumie to nigdy nie było jakieś bardzo powszechne). Większość blogów, które znałam i lubiłam, już dawno zakończyło swoją działalność. Niektórzy całkiem zniknęli z internetu, inni przenieśli się w miejsca takie jak Facebook czy Instagram (których ja niezmiennie od lat nie lubię i nie uznaję; bywam trochę na Instagramie i jak mi się przypomni to wrzucam tam jakieś kocie zdjęcie w ramach dawania znaku życia, ale to nie to). Najwytrwalszym, którzy nadal są obecni w blogosferze, gratuluję - nadal do Was zaglądam jako cichy czytelnik, i podziwiam, że wciąż tu jesteście.


Ale ja straciłam poczucie sensu i nie potrafię się już tu odnaleźć. Wszystkie internetowe znajomości, bardzo fajne znajomości, które nawiązałam te kilka lat temu za sprawą kotów (niekoniecznie tu na blogu, ale bardziej w innych miejscach, które miały później powiązania z blogami), samoistnie się wykruszyły. Mogłabym w tym miejscu nasmarować stronę tekstu o tym, jak czasem mi przykro z tego powodu, bo to nie ja pozrywałam te kontakty, ale to nie ma sensu. Nie mam do nikogo żalu, zawsze będę ciepło wspominać tamte czasy. Taka kolej rzeczy, ludzkie drogi się rozchodzą, każdy obiera własną. Mam tylko nadzieję, że ta najważniejsza znajomość, która jako jedyna przetrwała i w ciągu pięciu lat rozwinęła się w coś naprawdę dla mnie ważnego, nie podzieli losu pozostałych. Ale na to już nie mam wpływu. 


Blog ten nadal w jakimś sensie żyje, może nie w pełnym stopniu, ale liczba wyświetleń w dalszym ciągu co miesiąc jest czterocyfrowa i gdy tylko mam okazję, odsyłam różne osoby do starych tekstów. Pociesza mnie (złudna może) myśl, że praca i wiedza włożona w tego bloga komuś gdzieś kiedyś się przyda(ła). 
Choć co do tej wiedzy, to... nie jestem na bieżąco z niczym. Przez te dwa lata na rynek weszło sporo nowych dobrych karm i nawet suplementów do BARFa, powstały strony i grupy na Facebooku (podobno, bo ja tam nie bywam), z pewnością jest wiele nowych tematów związanych z kotami, o których ja nie mam pojęcia. Te stare posty mogą więc być wybrakowane albo zawierać jakieś nieznaczne błędy merytoryczne (muszę zaznaczyć, że gdy zaczęłam prowadzić tego bloga, miałam jakieś... 15 lat? To nie jest zbyt wiele). Choć myślę, że podstawy się nie zmieniły i nie zmienią, bo koty zawsze pozostaną kotami.
Mam w planach przejrzenie wszystkiego, co jest na blogu, i wprowadzenie jakichś kosmetycznych zmian tam, gdzie mi coś nie będzie odpowiadało. 


Nie mam nic nowego do napisania, bo blog ten w założeniu (nie, on nie miał żadnego założenia gdy powstawał, kogo ja chcę oszukać) miał być kompendium podstawowej wiedzy dla osób kompletnie niedoświadczonych w opiece nad kotami, z perspektywy takiego samego początkującego, który stopniowo poznawał koci świat. Nie mam żadnej specjalistycznej wiedzy, nigdy nie miałam. Wiem tylko to, co potrzebne mi do codziennego życia z kotami, plus jakieś dodatki, które akurat mnie zainteresowały. Wszystko co najważniejsze, zostało tu już dawno opisane, a na bardziej zaawansowane tematy absolutnie nie czuję się na siłach, nawet jak coś tam wiem. Musiałabym się sama najpierw doedukować, a niekoniecznie mam na to czas i chęci.  


Więc jeśli będę coś pisać, to bardziej w formie pamiętnika. Zawsze lubiłam to najbardziej, w sumie w takich postach też można przemycić jakieś ciekawostki wynikłe z własnych doświadczeń. Zawsze lubiłam czytać o cudzych doświadczeniach z kotami i to z nich uczyłam się najwięcej, a nie z nudnych opracowań naukowych. Teoria teorią, a życie życiem.


Problem w tym, że na tym polu też nie bardzo jest co pisać, szczęśliwy kot to kot, który głównie śpi i je, więc co tu się może dziać. Poznałam moje koty na tyle, że rzadko mnie czymś zaskakują. Na pewno jakieś bardziej istotne wydarzenia w ich życiu bym tu zapisała, ale takich póki co za bardzo nie ma. Niedługo może coś tam podsumuję w kolejnym pamiętnikowym poście, ale szału tam nie będzie. Hesia nadal nie jest moim ulubionym kotem, a Fiś właśnie towarzyszy mi przy pisaniu i jest cieplutki i miękki.

Ten post dość osobisty i piszę go głównie po to, by poukładać myśli, czy coś w tym rodzaju. Nawet wylałam trochę łez w czasie jego pisania, więc, no cóż.